peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2004

Więc koło południa wszystko stało się jasne. Nagle. Słońce zalało mi pokój. Nie było się dokąd schować.

Dzień wcześniej wiadomo-czyj pogrzeb. I w czasie pogrzebu zamieć. I pierdolnęło. Grom. Tak. Jestem pewien, że grom. (Nie upatruję w tym żadnego znaku. Nie. Po prostu mówię. Tak było.)

Dziś dzień lektury i namysłu. Wieczór wzmożonego kataru. W międzyczasie jakieś rozmowy, coś. Projekty. Te, które narodziły się wczoraj. Oraz nowe. Niektóre rzeczy nabierają kształtu.

Mimo to nadal marazm jakiś. Tak nic a nic się nie chce. Może ktoś za mnie coś tego? Trzeba mnie poruszyć jakoś, czymś. Byle szybko.

Bo jak wyglądam przez okno, to widzę. Mnóstwo idei za oknem. Tylko… Ni chuja chęci, żeby po nie sięgnąć.

They’re coming to take me away, ha! ha! (Napoleon XIV).

Wolę Kingę Dunin niż Jana Sowę.
(Pod nazwiskami są linki.)

I mówię tu o poglądach. A nie o osobach.

Ach. Bo jestem teraz taki bardzo anty i w poprzek.

Wystarczyło wyjechać z Krakowa.

Poza tym mam pomysł na tekst o sztucznych cyckach. Może ktoś kupi?

Bo ja jestem teraz także, wobec niepowodzeń na rynku pracy, początkującym frilanserem.

(Co oznacza, że od dziś się sprzedaję.)

No i tyle. Bawcie się dobrze w ten łikend, o zdrowi.

*Łzy są z powodu kataru. Rzecz jasna.

Smarki

7 komentarzy

Umieram. To nie przesada. To chyba grypa jest tym razem. Taka prawdziwa. Kto wie, może nawet ptasia. A nie jakieś tam przeziębienie. Przeziębienia są szczeniackie. Grypa – to brzmi męsko.

(Czuję się taki męski, siedząc pod kołdrą w dresie.)

Najlepiej mi jest po wódce. Katar znika. Rzeczywistość staje się przyjazna. Ale nie mogę przecież ciągle pić. Dlatego też ciągle połykam. Tabletki jakieś. I jakieś coś rozpuszczalne. I wierzę. Że jutro będzie dobrze wierzę. Bez wiary nie ma kołaczy.

Podejmuję konstruktywne działania. Zmierzające. Więc na kolację główka czosnku. Bo czosnek to witaminy i życie. A wcześniej, na obiad, dwie paczki delicji. Tak. Gorycz i słodycz. Natura i chemia. Sodoma i Gomora. Bo równowaga musi być. Constans. Harmonia, pełnia i – spokój.

Umieram. Czytam trzy książki na raz. Wokół mnie pełno gazet, na które nie miałem kiedyś czasu. Więc może właśnie teraz. „Zadra” i „Wysokie Obciachy”. „Ha!art” i „Aktivist”. Przydałyby się jeszcze jakieś „Leki z domowej apteki”. Albo coś w tym guście. Żeby tę terapię bardziej skuteczną uczynić. Potrzeba mi inspiracji.

Umieram. Krystyna Loska zwyciężyłaby już w pierwszej rundzie. Wiedziałem.

SONDA
Na kogo będziesz głosować w wyborach prezydenckich?
Krystyna Loska

Rozkład

5 komentarzy

Wirusy mnie atakują. Przez komputer oraz drogi oddechowe. Z tymi pierwszymi jakoś sobie radzę. Z drugimi gorzej.

Tuż obok mnie leży spora gromadka lekarstw. Zakupionych zgodnie z poradą Doktora Druona. Prawie w ogóle ich nie znam. Dotychczas używałem innych. Pomogą? To się okaże.

(Nie mogłem się jednak powstrzymać przed nabyciem homeopatycznego syropu na kaszel. Stary, dobry i sprawdzony. No i bardzo smaczny, a to najważniejsze.)

W ramach wspomagania terapii antygrypowej zabrano mi ciepłą wodę. Przez dwa dni nie będzie, bo jakaś awaria. Trzeba chyba do jakiejś noclegowni dla bezdomnych iść. Bez ablucji nieswojo. Nieczysto. Brudne myśli oblepiają moje pachy.

A już za niecałą godzinę spotkanie z kolejnym fanem. Obowiązki, obowiązki, ech.

Zrobimy flaszkę, potem aspirynka – i spać.

Zaglądam czasem na te różne blogi, zaglądam w księgi gości (bo wiecie, przerwa w pisaniu listów motywacyjnych) i widzę, że mi szczyle własność intelektualną kradną.

Już dwa przypadki w ciągu pół godziny takie!

A później taki cwaniakuje, kurwa.

Muszę opatentować swoje wynalazki lingwistyczne.

Break dance u papy. Tomasz Lis kandydatem (?) na prezydenta. (Ja to bym Krystynę Loskę wolał jednak.) Niedziela. Kolejny normalny dzień w normalnym kraju.

Dzień bez Internetu miał być. Nie udało się. Choć sieci tak jakby mniej dzisiaj, prawda. Prasa, książka, ruch. Praca. Bardziej właśnie w tym kierunku szło dziś wszystko. Jestem z siebie dumny. Nawet. Jutro będzie jeszcze lepiej pod tym kątem. Oczywiście. (Budzik nastawiony na 8.00.)

Wieczorem zaś, parę godzin temu, spotkanie o nasilających się znamionach randki. I znowu: to nie tak miało być. Na razie miało być nie, może w przyszłości, za jakiś czas, no ale nie teraz. Teraz co innego.

Ale z drugiej strony. Skoro już się przytrafiło. To chyba można. Bez zbyt daleko idących tego. Tak trochę, wiecie. Niech tam.

W stylu New Wave San Francisco zaczynamy białe disco.

Prasa mnie dziś zdenerwowała.

Ale nie powiem, co w tej prasie najbardziej. Nie. Bo znowu jakieś złe rzeczy będą o mnie na blogach pisać. Albo i mówić. Moje niskie pobudki niechże więc pozostaną moją tajemnicą. Słodką.

(Słodką?)

Chuj z tym. Idę spać.

A jutro – dzień bez Internetu! Bo za dużo mnie tutaj ostatnio.

„W niedzielę przed Janem Pawłem II wystąpią hiphopowcy. To może być zwieńczenie mojej kariery – mówi b-boy Kwiatek, lat 23. Oprócz niego na prywatnej audiencji w Sali Klementyńskiej Pałacu Apostolskiego tańczyć będą jego koledzy Bożek [sic! - peep] i Wezyr. [...] W hiphopowej audiencji u Jana Pawła II wezmą udział także minister do spraw europejskich Danuta Huebner, była premier Hanna Suchocka, bp Tadeusz Pieronek, reżyser Krzysztof Zanussi, aktor Janusz Gajos i dyrygent Jerzy Maksymiuk”. (Wybiórcza, 24-25 stycznia, s. 9.)

No to se facet przynajmniej jeszcze popatrzy.

Widziałem

9 komentarzy

Jak w piątek, około 23.00, facet wyjeżdżał samochodem z Sali Kongresowej.

Naprawdę.


  • RSS