peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2004

W radiu mówią, że Kraków zasypany śniegiem. A ja przerywam w tej swojej (już swojej) Warszawie pasjonującą (i z lekka perwersyjną, tak) pracę nad „Środkiem trwałym w leasingu”, zakładam kurteczkę i czapeczkę, wychodzę do sklepu po piweczko – i co widzę? Biało widzę.

Tymczasem jeszcze w piątek trafiłem na imprezę z okazji nadejścia (?) wiosny. Bazie, liście sałaty, sens pomidorów, ogórki, Sabrina, Samantha Fox, Saska Kępa…

Mówiłem, że na tę wiosnę za wcześnie jeszcze jest. Mówiłem.

A poza tym… E, nie. Poza tym już nic. To już jest koniec.

Suspens

10 komentarzy

- Mówię pani, że widziałam, jak schował sobie batonik w rękaw – szepcze stara kobieta, mająca w koszyku siedem kajzerek i jakieś zielone gówno.

- Jest pani pewna? – szepcze kasjerka.

(Szepcze, lecz akustykę mamy w sklepach niezawodną. Na pewno słychać na podrobach. Nie mówiąc o monopolowym. Który jest przecież tuż obok.)

(Akustyka w sklepach niezawodna – w przeciwieństwie do higieny. Widziane niedawno przetłuszczone włosy pana od sera sprawiły, że ten sprzed tygodnia, to chyba radamer mój był ostatni.)

(Czy oni nie powinni nosić takich idiotycznych czapeczek?)

Staruszka oczywiście jest pewna.

- Tak – mówi.

Więc kasjerka woła do siebie Pawła.

- Który? – pyta Paweł. A Paweł, o czym nadmienię, bo dlaczegóż miałbym o tym nie nadmieniać, więc Paweł jest człowiekiem, któremu, niech tam, można by się dać przyłapać na kradzieży batonika. Tak od czasu do czasu by można. I najlepiej, żeby od razu na zaplecze z nim pójść. Żeby ukarał. (Na zaplecze z Pawłem pójść! Tak! Tak! Tak! Z Pawłem pójść na zaplecze!)

- Tamten – wskazała ruchem głowy kasjerka. Cała kolejka odwróciła się w kierunku wskazanym przez panią. Paweł także. A zatem koleś, który zajebał batonik, a który znajdował się właśnie na drugim końcu sklepu, obok galaretek i innych rzeczy w proszku, musiałby mieć coś nie tak z oczami, albo może i na umyśle mieć coś nie tak by musiał, umysł taki ograniczony mieć, zniewolony umysł, właśnie, żeby nie zajarzyć, że coś nie tego się dzieje, że jego kradzież batonika została gremialnie stwierdzona oraz że napiętnowana zaraz będzie w sposób jednoznaczny – i to na zapleczu, przez Pawła, z Pawłem, ostro. (Na zapleczu z Pawłem! Tak!)

Paweł udał się zatem we wspomnianym kierunku. Żeby dorwać złodzieja, się tam udał.

Posunąłem się o krok do przodu. Wyjąłem rzecz z koszyka na przesuwającą się ukradkiem taśmę.

I niestety nie wiem, nie powiem, co działo się później w sklepie. Bo zapłaciłem za drożdżówkę i wyszedłem.

PS(T):
Wersja hardkorowa dla ludzi o mocnych nerwach. (Oraz dla sympatyków ostatnich wydań „Wybiórczej”.)
Kolejka do rejestracji laboratorium w przychodni dla studentów UJ. Jakieś dwa, trzy lata temu. Stoję sobie mniej więcej pośrodku tej kolejki. I nagle słyszę, i nie tylko ja słyszę, rozmowę pań przy okienku. „Tam jest jeden, co ma HIV, trzeba uważać” – mówi pani w fartuchu, która do okienka podeszła. „Który?”, pyta pani w fartuchu, która się z okienka wychyla. „No, tamten, w zielonej kurtce”, pokazuje ta, co podeszła. Wszyscy się odwracają w stronę mężczyzny stojącego mniej więcej na końcu. „Aha”, mówi pani z okienka. Ludzie zaczynają szemrać.

Figlarz

13 komentarzy

Papież na tradycyjnej audiencji na początku Wielkiego Postu przyjął rzymskich proboszczów, których rozśmieszył do łez, gdy zaczął mówić do nich charakterystycznym rzymskim dialektem.

Ksiądz, który przemawiał do Jana Pawła II w imieniu przybyłych, wyraził na koniec przekonanie, że po 25 latach spędzonych w Rzymie nauczył się na pewno miejscowego dialektu.

Papież nie dał się dwa razy prosić „Zabierzmy się do roboty. Kochajmy się. Jesteśmy rzymianami!”- powiedział w dialekcie papież.

Dialektu rzymskiego – tzw. romanesco – papież musiał nauczyć się od pracujących w Watykanie prostych ludzi.

(Onet.pl)

Ya veryu, chto druz’ya, kak angeli pomogaut letet’, kogda tvoi kril’ya opuskautsya vniz. Otprav’ eto sms 4-m druz’yam i smotri, chto proizoid’et cherez 4 dnya. Celuyu.

To się nazywa spam między narodami.

Na pożegnanie karnawału francuska komedia o arabskich transwestytach. W kinie Luna.

Potem piwo na stojąco w miejscu, które w ogóle nie zrobiło na mnie wrażenia. Pozytywnego.

A teraz praca nad tekstem o ubezpieczeniach. To się nazywa chałturzenie.

W przerwie pracy zaległa lektura czasopism. Pisarka Drotkiewicz: „Kiedyś powiedziałam Dorocie Masłowskiej, że moim zdaniem ona jest Björk polskiej literatury, w tym, co robi i jak się zachowuje, i byłam bardzo dumna z siebie, że to wymyśliłam”.

Wolę swoje chałturzenie niż jej pierdolenie bez sensu.

I jestem bardzo dumny, że to wymyśliłem.

Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba.

Była tu u mnie przez moment Urocza Przyjaciółka. Jedna z tych paru osób, które z chęcią bym sobie zaimportował z Krakowa do stolca. Przyjechała w sobotę, czyli wczoraj, pojechała w niedzielę. Czyli dziś. Zostało mi po niej trochę mandarynek, grejpfrucik, kiwi, które po ciemku wziąłem za buraka, oraz cały garnek żurku z wczorajszego gotowania. (Bon żurku, proszę państwa. Bo to żurek bardzo dobry jest. Tresbonżurek taki z niego. No i taki cały garnek jego jeszcze mam. Ale nie podzielę się nim z nikim, nie, nie, nie. Bo kiedy kocham, to zawłaszczam.) (A kiedy jem, to nie siorbię.)

No i na przykład wczoraj. Kiedy wróciliśmy z alkoholizacji. I kiedy Urocza Przyjaciółka zajęła się demakijażem. Włączyłem swój komputerek i odebrałem pocztę.

I tutaj Państwo pozwolą, że się z Państwem podzielę fragmentem otrzymanych treści: „Ferma Animeksu w Więckowicach w Wielkopolsce usypała dwie nowe pryzmy obornika oddalone o 550 m od ul. Bukowskiej, 900 m od zabudowań Więckowic i 1100 m od Sierosławia. Znajdują się one o 700 m od działek rekreacyjnych w Sierosławiu o czym większość ich właścicieli jeszcze nie wie”. Nadawca: zieloni.org.pl.

Czy mnie to choć trochę obchodzi? Nie. GÓWNO MNIE TO KURWA MAĆ OBCHODZI! Wpierdalam mięso, kupuję w hipermarketach i popieram budowę autostrad.

Przyznaję: miałem nawet głosować na tych całych Zielonych. (Z powodów pozaekologicznych.) Czy można jednak głosować na kogoś, kto w środku nocy rozsyła ludziom mejle o pryzmach obornika w Więckowicach? Dalibóg. Uprzejmie proszę mnie zrozumieć.

Na ulicy Podbipięty mijam pomarańczową śmieciarkę. Taki samochód, a nie taką panią. I przystaję przy niej, i przez moment patrzę sobie na nią, choć ona nie mówi nic. Nie mówi ani słowa. Do mnie. Patrzę, bo widzę na niej napis. „Bestja”. Napis wywołujący (natychmiast!) szereg rozważań natury poprawnościowej. To takie jej imię jest, stwierdzam. Lecz czy to błąd? Czy to nie błąd? Proszę państwa. Bo oczywiście wiemy, jak pisać to słowo. Wiemy. Niektórzy z nas, z was, słyszeli je nie raz. Z pewnością. Z pewnością, dajmy na to, w szkole. Podczas omawiania legendy o bazyliszku. Albo i w łóżku. O tak. „Aua! Ożesz ty bestio!” Miło jest coś takiego usłyszeć. Co nie? Więc „bestia”. Nie „bestja”. To przecież jasne. To takie proste jest, takie oczywiste. Jakież wprowadzające (w) błąd są te stołeczne śmieciarki.

A może jednak „bestja” jako „best ja”? To pytanie, nie ma chuja, zadać sobie też należy. Oraz na nie odpowiedzieć. Sobie. Trzeba. Ja – best ja – debeściak, łał. A zatem JA jestem najlepszy, nikt inny się wręcz nie umywa. Nie dorastają mi do pięt nawet. Inni. Na ulicy Podbipięty łatwo idzie się dowartościować.

Paczula

3 komentarzy

Powiedział: „Myślałem, że ciebie tam nie ma. Poczułem jednak twój zapach. Poszedłem za nim, no i cię znalazłem.”

Pomyślałem: „A wydawało mi się, że moim znakiem rozpoznawczym w metrze jest w tym tygodniu zielona okładka Hańby J. M. Coetzee.”

(Więc Mou. miała rację z tą paczulą!)

Jestem szowinistyczną, męsko-gejowską temperówką.

Państwo wiedzieli?


  • RSS