peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2004

Punkt 1. Z jednej strony prezydent Azerbejdżanu, z drugiej – Stowarzyszenie Obrony Biedaszybów. Tak światowo będzie w tej Warszawie, że hoho. To nie taki sobie szczyt tylko, to przecież zaszczyt wielki.

Punkt 2. Okolice Ogrodu Saskiego. Starsze panie w autobusie o znajdujących się w Ogrodzie policjantach:
- Widzi pani jak stoją?
- I co? Będą tak stać przez te kilka dni?
- No.
- [Razem] Hihihihihi…

Punkt 3. Rozmowa w pracy:
- [Szefowa] To podobno ma być reklama dla Warszawy, wie pan. Jakieś plakaty mają wieszać.
- [Ja] Oczywiście. Można zrobić np. zdjęcie tych pozabijanych płytami witryn i podpisać je: „Odkryj Warszawę”.
- [Szefowa] Ciekawe, czy komuś przyjdzie do głowy, że pod spodem jest jeszcze brzydziej.

Punkt 4. Jak zwykle wspaniała Moja Rodzicielka: „Kiedy tylko zobaczę w telewizji, że są jakieś zamieszki, będę dzwonić do ciebie na wszystkie twoje telefony”.

Punkt G. A ja będę szczytował ze Zdzirą. Bez dotykania się. Oczywiście.

Odkryłem właśnie rzecz straszną. Czuję się zawstydzony i nie wiem, jak wyznać, w czym rzecz.

Bo przez ostatnich kilka tygodni popełniałem błąd. Wielki błąd.

Ponieważ pisze się „Zdzira”. Przez zet. Nie przez zi.

Tak mało o sobie wiemy.

„Dwa razy więcej rzęs. Dwa razy więcej wolności”. Dzieła polskich specjalistów od reklamy działają mi pozytywne na humor. A ten humor ostatnio jakiś taki nie za bardzo. Coś dziwnego w powietrzu jest teraz. I coś we mnie też, ale co?

W Krakowie znów podobno awantury na tle homo. Prezydent z rektorem Ziejką lecą sobie gładko w chuja, wystawionego przez ligę rodzin. Staram się ignorować to wszystko, nie interesować się w ogóle polityką i tak dalej. Ale docierają do mnie różne rzeczy, trafia mnie i roznosi. Co to za obrzydliwy kraj, w którym rządzi mentalny motłoch. Nie znam was, nie znam was wcale.

Cierpiąc, znalazłem dwie recepty, którymi pragnę się podzielić teraz. Na życie zewnętrzne i życie wewnętrzne one są. Po kolei.

Więc pierwsza z filmu „Kill Bill 2″. Nazywa się to chwytem pięciu palców. Albo jakoś tak. Odpowiednio gościa pykasz. Śmierć niemal natychmiastowa. Co najważniejsze: nie rzuca się w oczy tak od razu. Przydatne w kontaktach bezpośrednich z przedstawicielami frakcji prorodzinnych oraz im podobnym oszołomstwem.

Recepta druga z reklamy. Żeby się nie czuć źle bardzo, żeby się atrakcyjnym wydawać i w ogóle, co robić? „Ujarzmij puszenie, podkreśl kręcenie”, mówi do mnie reklama. No właśnie.

Dostałem zaproszenie na imprezę z okazji urodzin pewnego żydowskiego periodyku. Ponieważ w tym miesiącu całkowicie pozbyłem się pieniędzy, ale tak całkowicie, jak jeszcze nigdy dotąd, to pomyślałem, że co mi szkodzi, że pójdę. Bo jedzenie za darmo. A co.

Umówiliśmy się ze Ździrą w celu pójścia. Umówiliśmy się i zaczęliśmy szukać miejsca.

Szukaliśmy wszędzie, nawet na tyłach kościoła. Bo nam się adres niby tak jakoś zgadzał. („Może wejdziemy do kościoła i kogoś zapytamy?, proponuje Ździra. „Daj spokój, wezmą to za prowokację”, mówię ja.)

Wreszcie trafiliśmy. Wchodzimy. Spóźnieni. Pary Żydów płci mieszanej snują się po pomieszczeniu, spoglądają na nas, chrupią.

„To może przedstawisz się komuś”, mówi do mnie Ździra, bo nie za bardzo wiemy, co mamy ze sobą zrobić.

Wybieram stojącego najbliżej osobnika w jarmułce. Poważna mina świadczy o tym, że to pewnie ktoś znaczący jest.

- Dzień dobry – ściskam mu rękę. – Nazywam się tak, reprezentuję wydawnictwo takie. Dostaliśmy od Państwa zaproszenie…

Zawieszam głos, czekając na coś w stylu „rozgośćcie się”, „zdrowie wasze w gardło nasze” itp.

Tymczasem Pan Żyd mówi „O!”, odwraca się i odchodzi.

No to i my sobie poszliśmy.

Czy ony se jaja robiom, czy kąpleksy odreagowujom.

No i weź się tu umów w Łazienkach, kiedy (dopiero!, kurwa) po wejściu do autobusu okazuje się, że ma on zmienioną trasę i że za chuja nie pojedzie tam, gdzie się chce.

Dzień wcześniej podobna sytuacja. Jechaliśmy sobie ze Ździrą i bardzo nas dziwnie wieziono. Ostatecznie wprawdzie, przyznaję, do celu, ale po drodze jakieś akcje, atrakcje, skręty, coś. Pomylone kursy. Niespodziewane przystanki. Per-tur-bacje. Tymczasem ten, ciemna noc, deszcz. On był pijany i ona też. Rozmazany makijaż sączył się z ich warg. No i wiecie.

No i dzisiaj się okazuje, dopiero dzisiaj, bo przecież żadnych informacji na ten temat w ogólnodostępnych środkach masowego przekazu typu wiaty przystankowe. Więc dzisiaj się okazuje, kiedy już tam na miejscu jestem, w tych całych Łazienkach, że to remont nawierzchni koło tych całych Łazienek jest. Że to przez to to wszystko.

Pewnie żeby się szczytującym kolesiom Dżordża jaja na wybojach nie poobijały. Dzięki globalistom w Warszawie równo i czysto.

A do pracy nie wiem, jak będę dojeżdżał. Nie wiem. Dowiem się niebawem. Tyle niewiadomych przede mną. Tyle problemów. No i weż się tu nie denerwuj.

No i weź się tu umów w Łazienkach. No i weź się tu umów w Łazienkach na zerwanie z Pe.

Codziennie w godzinach popołudniowych spaceruję ostatnio Chmielną.

Znam takich, co nazywają to lansem.

Ja to nazywam skrótem.

Od autobusu idę.

No – rzekłam rozmarzona. – A na przykład z polskiego. Każdy dzisiaj miał powiedzieć, jeden wiersz, który zna.
A jaki ty powiedziałaś? – zapytała matka.
Ja powiedziałam wolny. Biały, bez rymów – zastanowiłam się chwilę. – Kocham cię, mówię, lecz to za mało, mój ty synie, mój ty najmniejszy z małych chłopcze, jesteś tak mały, że gubisz się często między moimi nogami i spacerujesz po moich narządach wewnętrznych, swędzisz mnie wtedy w nerki i żołądek. Puenta jest taka: „boję się, że kiedyś – dodałam – ale to dopiero potem”.

(Masłowska w „Lampie”. Ich interpunkcja, wasze zdrowie.)

1. W pociągu (I)

„Znam wielu Polaków, którzy budowali autostrady w Iraku. Arabowie nie chcieli się tym jakoś zajmować. Nie wiem czemu. Może im religia zabrania”.

2. W domu

„Strasznie schudłeś”.
„Dlaczego jesteś taki blady?”
„Musisz jeść zupy”.
„Nie mieszaj się w żadne manifestacje. Nie wychodź nigdzie”.

3. W telewizorze

Kultowy polski serial z wątkiem homoseksualnym. Występujący tu pedał nazywa się „Ten Grzegorz”. Zachowanie homoerotyczne polega według scenarzystów na pochyleniu głowy, a następnie usiłowaniu wepchnięcia jej pod pachę – kochanka? przeciwnika? Dość osobliwe. Wymowa filmu: oto jak wygląda porządna polska rodzina, atakowana przez Sodo-Masonerię.

4. W pociągu (II)

Taki był fajny, a całą drogę spał*.

5. Wreszcie z powrotem

No.

[*Oczywiście wepchnąłbym mu głowę pod pachę, gdybym miał więcej odwagi.]

Pisanki

19 komentarzy

Napisałem: „Jerzego Pilcha”. Poprawiło mi się (samo!) na „Jerzego Piącha”. Nie zauważyłem. Kliknąłem. Poszło.

Z pracy mnie za to nie wyrzucą, zresztą zaraz wszystko sprostowałem i w ogóle. Ale kto to widział takie rzeczy, żeby tak samo się, bez pytania, oj.

Autouzupełnianie, autokorekty, autopoprawki. W moim domowym pececie nie ma tego aż na taką skalę; powyłączałem wszystko. (Zresztą Open Off-ice, prawda, a nie jakieś Wordy.) No i dobrze mi z tym bardzo. Bez tego mi dobrze jest. A tu? Nowe słowa same mi się tworzą, piszą. Takie jaja.


  • RSS