peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2004

(Będzie o mojej kolejnej przeprowadzce. O wczorajszej sobocie będzie.)

Bo wydawało się, że to już koniec. Przed południem panowie przewieźli mi moje książki i inne różne z tych cięższych; komputer, coś. Po południu poszedłem po te drobiazgi, co zostały. Po drodze zorientowałem się, że nie wziąłem plecaka. (Taki już ze mnie zapominalski.) Załadowałem więc do reklamówek zaledwie część drobiazgów i obiecałem sobie wrócić tam jeszcze tego samego dnia, wieczorem. Po resztę.

Coś mi mówiło, żeby to zrobić jak najszybciej, jeszcze dzisiaj, teraz, zaraz, już. Zignorowałem to coś, bo tak się niestety składa, że ciągle coś do mnie mówi, więc dla zachowania pozorów normalności nie pozostaje mi nic innego, jak udawać, że nic takiego nie ma miejsca.

Wieczorem więc miałem wrócić, tak. Po drodze jednak wypadło to i owo. Przestawianie rzeczy, jedzenie, rozmawianie, pójście na kawę. Pan Ciechocinek, z którym mi się na tę kawę poszło, zawiózł mnie był do starego mieszkania. I tam nagle tragedia, rzecz straszna. Klucz nie chce się przekręcić w zamku! Nie mogę się dostać do środka! A przecież tam w szafie płaszcz wisi, leżą w reklamówce książki pożyczone od Mou., błyszczący i gotowy do transportu stoi czerwony czajnik z gwizdkiem! Wołam portiera – i on też nie może otworzyć. Za chuja. Kręci głową i przebąkuje pod wąsem, ze może jakby na flaszkę, to on by spróbował tu ze śrubokrętem, coś, ten. Ja się tymczasem załamuję i obrażam telefonicznie mojego byłego współlokatora. Tego, który był w mieszkaniu przede mną i zamknął na amen ten jebany zamek.

Ładnieładnie, myślę, kurwakurwa. Obiecuję sobie na przyszłość wsłuchiwać się we wszystkie mówiące do mnie głosy. Wsłuchiwać się w nie oraz być im posłusznym. A teraz co? Teraz trzeba wybulić dwie stówki na ślusarza.

I tyle się działo wczoraj, i tak sobie myślałem wtedy. I wydawało się, że to już koniec, ale dzisiaj, przed chwilą, dostałem esesmana, że otwarte. Pójdziemy, zobaczymy.

„Kiedy już zamieszkamy razem, pójdziemy na zakupy. Ja ci spojrzę na pupę, ty mi spojrzysz na pupę – i od razu będziemy wiedzieć, czy dobrze wybraliśmy ciuchy”, powiedziała do mnie Zdzira, kiedy półleżeliśmy wczoraj na łóżku w Le Madame.

W Le Madame piłem alkohol i paliłem papierosy. Niby nie ma w tym nic dziwnego. Dziwne byłoby, ekscentryczne nawet takie, gdybym tego nie robił. Ale wczoraj to co innego. Ponieważ wczoraj, niemal tuż przed wyjściem, przyrządziłem sobie potrawę składającą się z rzeczy zalegających w lodówce. Takich, które jeszcze nie są zepsute, więc szkoda je wyrzucać. Ale jednocześnie przewożenie ich w ramach przeprowadzki byłoby zupełnie po chuju. Podstawą tej potrawy był kultowy ryż Halina. (Kiedy tylko stanąłem w sklepie przed półką z ryżami, od razu wiedziałem, że tylko ten i żaden inny.) Ryżu Halina nie wyjąłem jednak z lodówki. Trzymam go w szafce.

Co jakiś czas jestem zapraszany do grono.net.

A jakoś nie za bardzo rozumiem, o co w tym grono.net biega.

No o co, no o co?

Pomiędzy urodzinami Ebo w niedzielę wieczorem a poniedziałkowym wyjściem do właściwej pracy mam jeszcze do zrobienia dwie chałturki. Dlatego też o piątej rano wymykam się z mieszkania Zdziry. Jak jakiś kochanek wręcz. Albo ktoś taki. (Przypomina mi się scena z filmu „Nie lubię poniedziałku”. Scena polega na tym, że pewien młody pan od pewnej młodej pani, dyskretnie, z samego rana, żeby sąsiedzi nie widzieli. Bez butów, żeby sąsiedzi nie słyszeli. Roznosi skarpetami ślady kredy, którą mleczarze zaznaczyli sobie drzwi, pod którymi należy postawić butelki.)

Więc się wymykam i wychodzę na ulicę. Na ulicy zaskoczenie: całkiem sporo ludzi już. Naród polski pracuje od samego rana. Ładnieładnie. I ten mijany na ulicy naród patrzy na mnie tak jakby z potępieniem, tak jakby wskazując mnie palcem i pytając: „Coś Ty zrobił dla realizacji Planu Hausnera?”. Oni to pierwsza zmiana życia. Jasny wzrok, równy krok. Jak w marszu. Ci z nocy powinni się usunąć teraz, schować, to już nie dla nich pora jest. Wieczorem znów będzie na odwrót. Ale do wieczora jeszcze przecież w chuj czasu. Szmat.

Więc naprawdę nie widać nikogo, ale to absolutnie nikogo nie widać, kogo by można potraktować jako wspólnika w bumelanctwie. Żadnych porozumiewawczych spojrzeń. Czuję się jak kij w mrowisku. W Krakowie takie powroty były o wiele przyjemniejsze. Pod względem porozumienia.

W przejściu pod Dworcem mijam kiosk, w którego witrynie wystawiony jest numer „Vivy”. Do numeru „Vivy” dołączona jest jakaś płyta. Zasłania ona część nazwiska zabitego reportera. Zostaje z tego tylko „Wal Mile”, co odbieram jako zachętę do szybszego wędrowania. Toteż przyspieszam dziarsko kroku. W swoich siedmiomilowych białych butach z błękitnymi sznurówkami.

Tuż po powrocie do domu mówię sobie parę razy, że siebie nienawidzę, robię sobie kawę, siadam sobie przed komputerem, wydłubuję z klawiatury resztki jakiegoś chleba – i zaczynam pisać. Mam tak mniej więcej trzy godziny, powinienem się ze wszystkim wyrobić. Ale zaczynam od notki na bloga. Która ukaże się za parę godzin. Kiedy już będzie po wszystkim.

Idzie się zajebać, tak. Ale co tam.

Pada deszcz, kiedy wychodzę do sklepu po wino. Bo po całym dniu targowego uśmiechania się i rozmawiania mam już wszystkiego dosyć i postanawiam jakoś się odprężyć. W towarzystwie najlepszym z możliwych. Czyli we własnym. Oczywiście.

Zwłaszcza że w telewizji mają być „Samochody, które zjadły miasteczko Paryż”. To sobie obejrzę. Popijając. (Ostatnie moje chwile ulotne z tym telewizorem. Bo już za tydzień przeprowadzka. Znowu.)

Zwłaszcza że tyle rzeczy do zrobienia jest. I wszystkie raczej już na poniedziałek. Wiele więc przemawia za tym, żeby się nie ruszać z domu. Bardzo dużo.

No ale ten deszcz, a parasol został mi niestety na górze. Jakoś tak chowam się pod drzewami, podbiegam, w końcu mam niedaleko, co się będę wracał. Przede mną babsko z psem, no i ten pies do mnie. „Spokojnie, on nie gryzie”, mówi babsko. „Wystarczy że się rzuca” mówię ja, staram się na nią spojrzeć bardzo groźnie, na psa nie patrzę i uciekam.

W sklepie kolejka, za mną śmierdziel z puszkami piwa w ręku. „Pan coś kupuje?, pyta. „Inaczej bym tutaj nie stał”, odpowiadam mu i mam już dosyć tych wszystkich ludzi, którzy zadają mi te wszystkie idiotyczne pytania. (Na przykład na targach: „Czy państwo sprzedają te książki?”. Nie, kurwa. Przywieźliśmy tutaj furgonetkę papieru po to, żeby sobie nad nim postać przez trzy dni.) Potem facet z kolejki mówi, żeby go przepuścić, bo się spieszy. Na co ja mu mówię, że ja też się spieszę, więc go nie przepuszczę. Na co on znowu mówi, że nie będzie się kłócił. Co z kolei postanawiam zbyć milczeniem, bo się nie będę z takim przecież ten.

Ech. A po powrocie wstawiam wino do lodówki (bo „podawać schłodzone” napisali, to się słucham), rzucam się na łóżko, zerkam na leżący obok stosik gazet, wybieram aktualne „Metro” i czytam: Policja prowadzi dochodzenie przeciwko 41-letniemu mieszkańcowi Tomaszowa Lubelskiego, któremu zarzucono psychiczne znęcanie się nad żoną i córką. Poskarżyły się policji, że zmusza je do słuchania Radia Maryja, zabraniając słuchania innych rozgłośni. Podejrzanemu grozi do pięciu lat więzienia.

I to jest taka moje puenta zupełnie nie w temacie. Puenta (z) wczoraj.

„Pan się po prostu za bardzo wszystkim przejmuje. Za bardzo się pan denerwuje, proszę pana”, powiedział do mnie profesór doktór taki jeden, do którego się udałem wczorajszym popołudniem, żeby coś wreszcie zrobić z tym, że chyba umieram.

Profesór doktór badał mnie z tyłu i z przodu. Przyznaję, dość długo mnie badał, ale też dość dużo za to badanie zażyczył sobie ode mnie. (Jak umierać, myślałem, to z gestem.) Następnie zaprzestał badania i powiedział, że poza chronicznym bronchitem (?), do którego już dawno powinienem się przyzwyczaić (?!!), nic a nic mi nie dolega. Ciśnienie bardzo w porządku (115/80), serce w porządku także, w płucach nic źle nie szemrze. Więc całe to moje umieranie jest niczym innym, jak tylko ubzduraniem sobie, hipochondrią i – przede wszystkim, a nawet przede wszystkiem – wynikiem zdenerwowań różnych.

Tak powiedział pan doktór. Przepisał mi jakieś tabletki na oskrzela oraz spray na „nieżyty ze skąpą wydzieliną”. I tyle mi zostało z tego wielkiego zamieszania, chorowania, umierania. Tyle.

No tak. Uwielbiam siebie za to, jaki jestem.

PS: W Warszawce chuje zabraniają paradować, tymczasem papa wydał dziś książkę o znamiennym tytule „Wstańcie, chodźcie” (czy jakoś tak), co jest według mnie jednoznacznym wyrazem poparcia dążeń polskich środowisk homoseksualnych do paradowania.

Z tymi chorobami to chyba coś jest na rzeczy jednak. Bo raz mnie trochę w uchu, raz trochę w piersi (płuca? serce?), raz trochę w gardle, raz po raz wszystko na raz. Aspiryna jest od jakiegoś czasu stałym elementem mojego jadłospisu. Snuję się po niej taki nie tego troszkę, co w szczególny sposób uwidacznia się w pracy, gdzie mam teraz urwanie chuja, bo zbliżają się targi książki, więc mnóstwo telefonów, mnóstwo mejli, załatwiań. Więc dwa razy więcej tej pracy, a mi się wszystko dwa razy dłużej rozumie, dwa razy dłużej wypowiada. A trzeba powiedzieć otwarcie: do osób wybitnie kumatych nigdy się chyba nie zaliczałem; także za zdrowych czasów. Czyli teraz to już w ogóle.

Tymczasem żeby do lekarza się udać, trzeba jakieś zaświadczenia z ZUS-u mieć, książeczki jakieś wyrabiać, w kolejkach stać; bo pierwsza praca, biurokracja. A ja tu nie mam czasu, przynajmniej na razie. Przynajmniej przez najbliższy tydzień nie mam na to wszystko czasu i nic na to nie poradzę.

Serce mi szybciej bije, mam takie wrażenie. Ale to może z nerwów. Więc tak jak przewidziałem: po studiach już jest z górki. Starzeje się człowiek.

(Te ostatnie dwa zdania to oczywiście mój czarny humorek taki. No. Dobrze jest.)

Przyjechał znajomy z Krakowa. Ja niby nie mam czasu, poza tym w tych płucach coś mnie znowu kłuje, dziwna sprawa, dziwna, ale trochę piweczka, prawda, nie zaszkodzi nigdy. Tym bardziej że ze zdrowiem nigdy nic nie wiadomo, więc przyjemności należy zażywać, póki jeszcze można, hej. To się spotkaliśmy.

I ten znajomy opowiadał mi różne rzeczy. Między innymi taką rzecz mi opowiedział:

Idą sobie w kilku, a wyszli rozbawieni z krakowskiego magistratu, gdzie przysłuchiwali się, jak jakaś niby pani profesór opowiadała coś za pieniądze podatników o grzesznych sodomitach i niemoralnych orgazmach. (Te ostatnie są niemoralne również w konfiguracjach żeńsko-męskich, zwłaszcza kiedy przed ślubem.)

Pod magistratem podchodzi do nich stara katoraszpla.

- Przepraszam, a czy panowie wiedzą coś o demonstracji tych gnojów? – pyta pizda.
- Jakich gnojów? – dziwią się chłopaki.
- No tych… ho… homoseksualistów – prawie jej nie przeszło, ale twarda była.
- Chodzi pani o nas? – chłopaki nie spodziewali się, że spotka ich jeszcze większa rozrywka od tej w urzędzie miasta.
- To… to wy! Gnoje! Wszystkie choroby są od was! – zaczęła się wydzierać, podskakiwać i w ogóle.

Mało tego. Zaczęła na nich pluć.

Tak naprawdę to wcale nie jest śmieszne. Tak naprawdę już od tygodnia bardzo mnie to wszystko przejmuje. Bardziej niż płuca, niż wszystko.

Śnił mi się Andrzej Kopiczyński, ten, co Czterdziestolatka grał, ten, co teraz na plakatach w całym mieście jest (jakaś reklama banku, coś), co podpisali go: „Jest nas milion”; co jest przecież dość przerażające. Milion Czterdziestolatków to jeszcze gorzej niż milion Hansów Klossów. We śnie i w życiu, i w ogóle. Uprzejmie proszę te reklamy pozdejmować. Nie mogę obok nich przechodzić obojętnie. Ta sztuka na mnie oddziaływa wręcz szalenie. Ach.

Bo to chyba tak ostatnio jest, i teraz mówię bardzo serio, bardzo serio, że na mnie wszystko oddziaływa. To ta pogoda, to to w powietrzu coś, o czym pisałem już; pisałem już o tym na pewno. Małe tęsknoty, dziwne marzenia. W domu z betonu. W drodze. W środkach komunikacji miejskiej. I wszędzie indziej też. Chce się, chce się, chce się nawet bardzo. Tak dać się porwać. I się nie zastanawiać. Wcale.

To wszystko przez to coś w powietrzu. Tak. To pewnie przejdzie lada moment. Samo przejdzie. Trzeba się tylko zająć czymś konkretnym. Kolejną przeprowadzką. Na przykład.

Wbrew pozorom, ja siły mam dość.

[* Cytat w tytule: copyright by Zdzira]

„Gdy się kogoś drażni, nie ma się co dziwić – wygląda to tak jak wczoraj” (pieronek).

Przyznaję, wzruszyłem się, kiedy zadzwoniłem dziś do Mou. do Krakowa:

Pięćdziesięcioletni facet po raz pierwszy wychodzi na ulicę jako gej. W ręku trzyma polską flagę.

O całej reszcie piszą w gazetach. Mniejsza zresztą z całą resztą (rym). Szkoda słów, szkoda nerwów; od nerwów cera siada, a o cerę trzeba dbać.

Bo i tak najważniejsze przecież jest, że wszyscy moi cali są i zdrowi.


  • RSS