peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

Lokalność

8 komentarzy

Po zakończonym jakiś czas temu koncercie Moscow Disco w CSW nieodparcie pragnę się podzielić uwagą, że Rosjanie jednak potrafią. A to nasi bracia i siostry, sąsiedzi, więc bądźmy z nich bardzo dumni, kupujmy ich płyty w ogromnie dużych ilościach. Ja taką płytę kupiłem, a to na pewno nie koniec.

Nie koniec, bo jeszcze chciałbym opowiedzieć, jak jakiś czas temu wracałem z tego koncertu. I czułem się jak zwykle niewyraźnie. (Jak ostatnio.) I tak nie mogłem znaleźć Pięknej, tak mi się myślało o wszystkim, tak się zagubiłem. I nagle Piękną znalazłem, wszedłem w Piękną, szedłem Piękną. I zobaczyłem bar wietnamski, urządzony w byłym szalecie miejskim (na wprost dawnego butiku Arkadiusa). Wtedy do mnie dotarło, że prawie już jestem na miejscu.

Wczoraj w nocy byłem tak pijany, że aż śmiały się ze mnie dziewczyny, u których kupowałem o 3 w nocy ciabattę z podwójnym indykiem. A dziś z samego rana dzień pracy, z okazji targów książki pracowanie. Więc jako wzorowy pracownik wkraczam dzielnie do Pajacu i… ogarnia mnie woń sera. Gdyż pośród stoisk z książkami ktoś z pewnością bardzo mądry umieścił stanowisko z ludźmi smażącymi ser. I nie dość, że smród wręcz odurzający, który w kontekście posiadanego kaca nabierał dodatkowych znaczeń (omal nie zaliczyłem zejścia), to jeszcze chodzili potem ci wszyscy z tymi ich kanapkami, kapało z tego jakieś gówno, a tu przecież książki, papier; kapało na nasze ładnie. W przyszłym roku organizatorzy targów planują ograniczenie powierzchni przeznaczonej dla wydawnictw na korzyść handlarzy używaną odzieżą oraz mrożonym ptactwem.

A poza tym co? Poza tym po wczorajszym przepiciu nie opuszcza mnie uczucie niepokoju. Dziwne sny mi się snują, dziwne myśli; jest tak, że mi się wydaje, takie przeczucie jakby, że zrobiłem coś strasznego albo w najlepszym razie strasznie głupiego. Budzę się i czuję, że się czegoś boję. Siedzę i mnie trzęsie. Nie wiem, o co chodzi. Męczy mnie to okropnie. Może to maniakalne, może to depresyjne.

Wszyscy Polacy noszą pomarańczowe wstążeczki. Każdy z nas jest Ukraińcem, to w końcu takie oczywiste, już od lat. A najważniejsze i tak jest to, że nasza postępowa młodzież ze środowisk znowu ma okazję do tego, żeby poudawać szum. (Oszum?) Że jacyż oni są w ogóle, z LeMadamu prosto na barykady tacy. „Krytyka Polityczna” bierze głęboki oddech. Nasila się wizja zadymy. Oni bardzo dobrze znają to szalenie miłe parcie. Ależ są z nich teraz no, ci, rewolucjoniści. Normalnie.

Tymczasem rzeczywistość w mieście światła i (okresowych) ciemności toczy się tak jak zwykle. Oddajmy głos pani z piekarni na Mokotowie: „Luz blus, Madziula, tylko mnie potem strasznie suszyło: gorący kubek, dwie kawy, cztery herbaty”.

Co ja się wczoraj miałem, to będzie historia z życia, zadzwonił do mnie do pracy taki jeden Rosjanin, który wprawdzie po naszemu mówił, po mojemu, po polsku, ale bardzo słabo, mniej więcej tak jak ja po rosyjsku. Dogadywaliśmy się jednak jakoś, jakoś, a w pewnym momencie miałem mu podać, bo poprosił, adres e-mail. Więc mu podaję i nawet nieźle sobie radzi z zapisywaniem poszczególnych słów, tymczasem nagle stop zupełnie, blokada w dwustronnym kontakcie, bo ja mu mówię, że teraz trzeba dać myślnik, a ten w ogóle nie wie, o co chodzi.

- No myślnik. Taka kreska, pauza, kreseczka – tłumaczę.
- Myślnik… Myślnik… A kak to sje pisze?
- Tego pan nie pisze, to nie słowo, to znak interpunkcyjny – bardzo powoli mówię, choć tak naprawdę nie wiem, czy on zna te wyrazy, co je do niego wypowiadam, bo przecież jak nie zna, to chuj z tego mojego powoli.
Tamten znowu:
- Myślnik… Myślnik…
I tak w kółko, ja mu, że kreseczka, że znak, a on ciągle tę swoją mantrę powtarza:
- Myślnik… Myślnik…
No obłęd.
- Wie pan – podejmuję ostatnią, desperacką próbę – jak na przykład ktoś ma dwa nazwiska, to między nimi czasem stawia sobie myślnik. Rozumie pan, panimajetie, jak… Rimski-Korsakow!
- Myślnik… Myślnik… No nie rozumiem, może pan mi poda synonim?

(A to jego „o” takie zaOkrąglOne.)

I weź tu podaj komuś synonim myślnika! Dobry kwadrans się skręcałem przy słuchawce, a kiedy już prawie leżałem na podłodze (ze śmiechu i rozpaczy jednocześnie), doszliśmy do porozumienia z panem: myślnik to jest taka linia.

To niesamowite: leżę w centrum Warszawy i mam przed sobą ładny widok. Wyciągnąłem się na materacu służącym mi za łóżko. Wyglądam przez dolną połowę przeszklonych drzwi balkonowych. A tam pada śnieg. Jakoś tak zmyślnie przykrywa leżące na balkonie doniczki. Ładnie się prezentuje na tle rozwieszonej na poręczy brązowawej maty (która pewnie już całkiem przegnije do wiosny). Wszystko się dzieje spokojnie. I nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio tak sobie po prostu patrzyłem, bez żadnego absorbującego myślenia, mydlenia własnej głowy nadmiarem różnych wniosków z życia; podejmowania wielorakich kierunków analiz. (Klasycyzm, sentymentalizm, rokoko. Który z tych prądów jest ci najbliższy i dlaczego.)

Zasypiam i śnię banalny sen o przytulaniu. Budzę się tuż przed zapaleniem ryżu w kuchni. Co się poszło jebać, to się nie odstanie.

Prawdziwy polski katol zawsze ma jaja w kieszeni.

Taki jeden, parę godzin temu:

- Nie znasz greki? To nie jesteś wykształcony, mój drogi.

Ja:

- Kiedy byłem w liceum, chodziłem do jedynej klasy, w której uczono łaciny. Potem kończyłem studia filologiczne i nawet tam o grece nie było mowy.

Koleś:

- No ale nie znasz greki?! Tacy ludzie nie potrafią potem przeczytać Petrarki w oryginale.

Ja (mając całkowitą pewność, że nie zawsze da się lubić znajomych swoich znajomych):

- Jasne. Tym bardziej, że Petrarca pisał po włosku.

„Oni są bufoni”, przekonywał głośno przez telefon pan jeden jakąś Elżbietę, kiedy ja obok niego stojąc przeglądałem różne rzeczy na wieszakach. „Oni są bufoni. Im się wydaje, że do nich od razu wszyscy przyjdą, kiedy oni tylko ich zawołają”, krzyczał mi prawie do ucha. W geście protestu wyszedłem, nucąc w duchu zasłyszaną ostatnio w takim filmie piosenkę „Jak zielwica”. Co mnie będzie ten chuj przez słuch gwałcił. Koleś z telefonem opuści kiedyś sklep z pewnością. Wtedy tam wrócę.

Na mieście strasznie wieje. Udaję się, mimo oporu, do spożywczej spółdzielczej placówki handlowej obok mojego miejsca zamieszkania. Wisi tam tablica, dopiero teraz ją zauważam, a na niej kartka z wywieszonym składem „Komitetu członkowskiego sklepu”. Na oko jakieś osiem nazwisk. Osiedlowy Kulczyk Holding. Ja pierdolę.

A już zupełnie niemal obok mojej bramy rozłożyły się namioty akcji „Rzuć palenie razem z nami”. I obok tych namiotów, w tej wichurze, co już podobno zabiła siedem osób, biegają różni ludzie, poprzebierani za papierosy niektórzy, inni za jakieś gówno. Ci drudzy mają tabliczki z napisem, co niby to gówno ma znaczyć. I taki jeden koleś na przykład, on ma na sobie dziwnie poskręcane rury. Tak wokół siebie je ma. A poza tym, na oko, normalny. I na plecach tabliczka: „Naczynie krwionośne uszkodzone miażdżycą” (czy jakoś tak). Że to niby on jest, to naczynie uszkodzone. Jakbym, kurwa, nie wiedział.

Głupie, co nie? To wszystko.

A jeden mój znajomy opowiadał mi przedwczoraj, jak jeden jego znajomy nagle zaczął coś opowiadać takiego, że trzeba spalić Amerykę i że w ogóle ona straszna jest, że jest złem. I nie mógł spać. I zamknął się w kuchni, i przez dwa dni pisał list do papieża. Zapisał tak mnóstwo papieru, prosząc tego papieża o wsparcie dla swoich poczynań. Po dwóch dniach go odwieźli do psychiatryka, tego kolesia. Tam mu dają non stop różne środki nasenne, tak przebiega w całości kuracja. Nic z niego dobrego nie będzie chyba w ten sposób. (A co w ogóle ciekawe, pracował w makdonaldzie.)

Staram się zbyt często nie zastanawiać, ale i ja tak sobie myślę czasem, ostrożnie, do czego to wszystko prowadzi.

- Pip, słyszałam jakieś hałasy w nocy, czy ty może rzygałeś?
- Nie, chyba nie, ale wiesz… Może jednak tak, bo coś mi się wydaje teraz, że mi się śniło, że rzygam.

Całe szczęście, że się już skończyło, ten łikend, bo ja, naprawdę, nie śmiem nawet przypuszczać, czym by się to skończyło, czym innym, gdyby nie ten koniec, który jednak, szczęśliwie, nastąpił.

Takiego alkociągu nie miałem chyba nawet na studiach. Owszem, dla niektórych to pewnie żadne osiągi są, te moje, ale ja jestem przecież od małego grzeczny chłopiec. I bez żołądka całkowicie teraz. Z dość poważnym za to lękiem przed sprawdzeniem stanu konta. Czy jednak: Nigdy więcej? Skąd! Do następnego!

(A Zdzira mogła w sobotę zostać modelką, ale się nie zgodziła. Proszę, proszę, jak teraz łatwo o karierę. Wystarczy wyjść.)


  • RSS