peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

Żyży

6 komentarzy

A ten wali i wali, od samego rana jakiś idiota odpala petardy w samym środku kamienicy, na dziedzińcu, w studni, hałas. Aż mnie brzuch rozbolał od tego wszystkiego, bo to niestety nie wszystko. Ale za godzinę z kawałkiem mam się dobrze bawić, żeby w nowy rok wejść pląsem, nie dąsem.

Przepowiednia na 2005 (bo podobno jest tak, że jaki Sylwester…): Będzie wystrzałowo.

Czego sobie i Państwu.

Tak, wiem już, dokąd idę na Sylwestra, nie, nie mam już depresji poświątecznej (jest na to idealne lekarstwo; niestety, nie zdradzę go tutaj, a na pewno nie przed 22.00). Jest dobrze. W miarę. Staram się nadrabiać różne zaległości. W przerwach, czyli bez przerwy, poczytuję „Lubiewo” Michała Witkowskiego. To jest naprawdę bardzo dobra książka, proszę państwa. O wiele lepsza, niż się spodziewałem. Anegdota – znakomita. Styl – bierzesz z połykiem. Lśni na niebie tęcza, tęcza kolorowa. Pedały PRL-u. Słyszał coś ktoś o tym dotąd? „A ognia w tych historiach nie brakuje”.

Książka dobra, dobra, szkoda tylko, że skazana z góry na milczenie mediów. (Jest o takim skazywaniu całkiem przyzwoity tekst w najnowszej „Zadrze”.) A może się mylę? Oby! A może chociaż Szczuka Kazimiera zaprosi Autora do swojego programu? (I nie mam tu na myśli „Najsłabszego ogniwa”.) Zapamiętajmy, a raczej przypomnijmy sobie: Mi-chał Wit-kow-ski. Odija, Nahacz i Drotkiewicz mogą iść się jebać.

Na koniec o zabawnych rzeczach, jakie mi się przytrafiają: po ostatniej notce dostałem ni stąd, ni zowąd, parę mejli ze spóźnionymi, ale serdecznymi życzeniami świąteczno-noworocznymi. Dzieny, nawza. [Zdziwko.]

Najpierw stary wkład do onanizera. Przeglądam notatki z każdego tegorocznego dnia, przypominam sobie. Rwę i wyrzucam. Kiedy jestem na początku marca, uświadamia mi się nagle, że nie wynotowałem dat urodzin. Nie skopiowałem ich na przyszły rok. Znowu będzie, że zapomniałem.

Potem telefon. Kasowanie niepotrzebnych numerów. Ciach, ciach, ciach. Zbyt często funduję sobie tę czynność, lecz cóż. Tak już mam. Takie życie. Napięcia i milczenia. Przerywane stosunki. Byle dalej.

Nowy rok bieży. I to jest o wiele lepsza, a nawet zdecydowanie ważniejsza wiadomość niż jakieś tam święta, które się już zresztą skończyły. (A taka była afera. Z tymi świętami. Kilkanaście wiadomości na Gronie.)

Pora zmian. Jaka będzie następna?

Usłyszałem wczoraj bardzo świeży, świetny dowcip: że kościół zakazał w tym roku śpiewania jednej takiej kolędy – „Wśród nocnej ciszy”. Bo za dużo śród. Dobre, nie?

Wyjeżdżam stąd zaraz po pracy, lecz wracam zupełnie niedługo, w poniedziałek. Na okres tych kilku dni kupiłem sobie dwie książki, których tytuły, jak się trochę wysilić, układają się w zaskakującą całość: „Darkroom” i „Ból fantomowy”. Gdzie ta całość? Jeżeli jej nie dostrzegasz, połącz elementy, ułóż historyjkę i dopowiedz sobie sprośną resztę.

Mam nadzieję, że tyle wystarczy.

W EMPiKu na Marszałkowskiej można nabyć kalendarz ze zdjęciami TOMASZA GUZOWATEGO. Idealny pod choinkę. Polecam.

Jezu, jak mi się nie chce jechać na te święta, jak mi się nie chce nic, inaczej: jak mi się bardzo chce czegoś zupełnie, zupełnie innego… Tylko czego?

Potrząsam kupioną ostatnio śnieżną kulą ze świętą rodziną w środku. Płatki opadają na wyjątkowej obrzydliwości figurki. Wygląda, jakby w roli śniegu występował tu łupież. Dzieciątko wewnątrz uśmiecha się złośliwie i mówi:

- Widzisz? I tak musisz jechać. To wszystko przeze mnie. Wygrałem.

Też się do niego uśmiecham i myślę, że może jednak skończę lepiej, niż on skończył. Odwracam kulę do góry nogami i przytrzymuję palcem.

Znak

16 komentarzy

Agata mi ofiarowała wczoraj taki fajny znaczek, żółtą plakietkę z malutkim napisem „If You Can Read This, You?re Too Close”. Bo wczoraj w Aurorze była świetna impreza, wjazd osiem zeta, i na tej imprezie hodowla znaczków, plakietek, sprzedaż na lokalną skalę. A ten jeden znaczek, o którym wspomniałem, szczególnie mi się podobał, ale już wyszedł, zanim się w Auro zjawiłem. Na co Agata, że skoro bym nosił, to go wyciąga z torby i mi daje. Dobra Agata.

Zaczęło się dziać sporo czasu potem, bo poszliśmy do Jadłodajni, tam jakoś ten ten, coś tam, coś tam, i nagle pokazuję na znaczek, który sobie przyczepiłem do piersi, i widzę, że nie mam na co pokazywać, że znaczek zszedł, zniknął, odczepił się nagle ode mnie. Wielka panika, no i tak strasznie głupio przede wszystkim. Chodzimy, szukamy, głowy przy podłodze. Nie ma! Potem z powrotem do Auro, tam wielka lustracja wszystkiego, co pod nogami. Nic. Zgubił się znaczek, zgubił. Stajemy przy Tripperze, który siedzi przy barze. Stoimy tak już dobre dziesięć minut, ja się nadal rozglądam, prawo, lewo, lewo, prawo, i nagle o, o, o, bo coś mi tak pod butem tego, schyliłem się – i jest! Po tak długim czasie, w tak mało spodziewanym miejscu! Zupełnym przypadkiem. Czyżby miało to oznaczać, że jakiś bóg na przykład istnieje? Nasza wielka radość nie miała w ogóle końca. Cieszyliśmy się bardzo, bardzo, a na dodatek bardzo, bardzo długo. Tymczasem nasze kurtki zostały w Jadłodajni.

- Pewnie się już zdążyły najebać.

Więc najpierw wymyśliłem życzenia, bardzo ładne życzenia wymyśliłem,. Potem przez chwilę przesuwałem wersy i zmieniałem orientację tekstu, żeby te ładne życzenia ładnie się prezentowały na karteczce. Następnie, i to był początek najgorszego, wydrukowałem swoje ładne i estetyczne życzenia w ilości kilkudziesięciu egzemplarzy. Potem każdy z tych egzemplarzy moich wspaniałych życzeń własnoręcznie podpisałem. Kolejnym krokiem było zapakowanie wszystkiego w podwójne kartki świąteczne (bardzo ładne) i włożenie każdej z nich do gustownej koperty. Koperty, którą trzeba było zakleić. Liżąc (z namaszczeniem) brzeżek. Zrobiłem to. Kilkadziesiąt razy, jedna czynność po drugiej, mechanicznie. Potem, cóż, potem zostało tylko kilkudziesięciokrotne przystawienie pieczątki na każdej z kopert zawierających moje niebanalne życzenia. Drobnostka. I całe szczęście, że nie umiem pisać, tylko bazgrzę, bo gdybym miał jeszcze każdą z tych kopert własnoręcznie zaadresować, to najbliższe (wesołe) święta, a może i (szczęśliwy) nowy rok spędziłbym, siedząc w estetycznym białym pomieszczeniu bez klamek, okutany w gustowny kaftan.

Ogrom bożonarodzeniowych cierpień zrekompensowały mi odwiedziny kuriera z wielkim piernikiem w kształcie serca. Dla mnie.

R. chciał się koniecznie spotkać ze mną w Toro, bo tyle słyszał ode mnie o tym lokalu, że takie zabawne i w ogóle, że po prostu nie mógł nie chcieć zobaczyć. Każdy by chciał iść do Toro po wysłuchaniu historii tego miejsca. I co? „Remiza”, stwierdził po wkroczeniu. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy przeglądać wyłożony tam plik kartek. Co to znaczy „kar”?, zapytał R. Spojrzałem na kartki i już się domyśliłem, co to znaczy, ale co innego mu powiedziałem: „Wiesz, kiedy coś jest chujowe, a nie chcesz tego tak nazwać, nie chcesz dosadnie powiedzieć, że to jest chujowe, to mówisz, że to jest kar”. (Bo na kartkach był wydrukowany spis piosenek i były one w większości chujowe. A po każdym tytule była kropka, a po kropce było napisane „kar”.)

Tak naprawdę chodziło o to, że trafiliśmy na karaoke. Na miły bóg, karaoke w Toro to jest prawdziwa przygoda! (Wszystko w Toro jest przygodą, ale to chyba najbardziej.) To jest po prostu cała sala śpiewa z nami, proszę państwa, moje serce jest jak muzyk, nie płacz, kiedy odjadę. Najgorsze było dla mnie to, ale to tak najgorsze, że niemal prawdziwie straszne, że byliśmy z R. jedynymi osobami niebawiącymi się w gronie gości, niebędącymi tam serio. Zero dystansu wszyscy! Pomyśl: jeżeli sensem czyjegoś życia jest pójść raz na tydzień [!?] na karaoke do Toro, jeżeli takich osób jest całkiem sporo, tworzą zbiorowy organizm i śpiewają, kiwając się przy stolikach… Jest to zabawne, owszem, jest to też na swój sposób fascynujące, tak, ale – choć może będzie to odosobniona reakcja – ma to także w sobie, dla mnie, coś przerażającego. Nie umiem jeszcze powiedzieć, dlaczego. Nie wiem. Może po prostu jestem jakimś alienem. Zresztą, jestem taki na pewno, tak naprawdę wiem o tym już od dawna, to tylko kolejny objaw.

Lecz mniejsza z tym, bo przede wszystkim świetnie się tam bawiłem, obserwując. Najbardziej mnie rozbawiło śpiewanie przez grupę bywalców piosenki „Wszystkie dzieci nasze są”. Liga polskich rodzin skonałaby na ten widok w ataku gwałtownej kurwicy.

Toro jest bardzo kar.

Renata mówi coś w taksówce o miejskich plemionach singli, z czym się wiąże zresztą cała taka teoria wręcz, ona jest znana skądinąd, że ci single, my single, tak sobie ten ten, nic poważnie, nieistotne kontakty, chłopaki z Czaterii (dopowiadam). Albo i to nie. A jeśli razem z kimś, to tylko w grupie znajomych, weekendy, te sprawy. To nam się bardzo podoba, w taksówce, bo to przecież coś nam organizuje w życiu, wreszcie, pozwala przestać się przejmować i w ogóle. Hosanna teorii plemion. Lecz depresję! Potem śpiewamy w Kurczaku, zmieniając tekst piosenki Osieckiej: „Szukam kogoś, kogoś na weekend”. I jest bardzo dobrze.

Gorzej następnego dnia. Wprawdzie już nie mam kaca, kiedy się ostatecznie budzę koło jakiejś czternastej, ale godzinę później odbieram okropny telefon (mniejsza o szczegóły) i czuję się bardzo fatalnie, bo trzeba coś zrobić, jakoś pomóc, a ja zupełnie nie wiem jak, nie umiem, w ogóle nie mogę. Więc wszystkie plany pracy i nadrobienia gigantycznych zaległości znowu się kończą niczym, wpadam w takie samo jak zeszłotygodniowe przygnębienie, źle tak zaczynać nowy tydzień, wiem, wchodzę do internetu i siedzę w nim do wieczora, późnej nocy, nabijając rachunek, o jakim się nie śniło filozofom.

Nocą jestem trochę na mieście, potem przychodzę do domu i zaczynam coś mówić do siebie. I nagle mi się zatrzymują te słowa, momentalnie. Rozchodzę się po kątach, rozglądam się nerwowo po pokojach, ale zupełnie niepotrzebnie przecież, co nagle staje się jasne. Jestem dzisiaj sam. Zapomniałem. Więc mogę mówić dalej.


  • RSS