peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Wysyłamy te esesmany cały dzień, a co robisz, a leżę i rozmyślam, a herbatę piję, a idę na zakupy. Titititi, sratu sratu, do naszego dołącz chóru i zaśpiewaj tutturu. Na dłuższą metę jest to z pewnością uciążliwe, ale na krótszą, jak ja tu rozmrażam lodówkę, sprzątam, przekładam, to taki mały miły przerywnik, czemu nie. Więc krzątanie się, siedzenie przy komputerze, jedzenie – i wysyłanie, wysyłanie. Na krótszą metę, czemu nie.

Potem przychodzi mój nowy współlokator Ebo, ale tak na moment, po klucze, więc rozmawiamy, że kto kiedy sprząta i tak w ogóle, o życiu. Tamten w telefonie w pokoju obok, przerwa, bo kiedy rozmawiam, to nie odczytuję – i nie odpisuję tym samym, co budzi pewien niepokój. A potem mój nowy współlokator Ebo wychodzi. A potem mycie lodówki. (Z instrukcją obsługi lodówki wydobytą z szuflady. Gdyż w pewnych sprawach jestem mało spontaniczny.) I już jest dawno po ciszy nocnej, ja w szlafroku, chwilę później człapię z kartonem soku w ręce, popijam sok z kartonu, bardzo nieelegancko. I jeszcze się nie kładę, jeszcze mi się nie chce. I nagle telefon robi pip, z telefonu odczytuję zamknięcie całego dnia: „Dobranoc”. Uśmiecham się, bo wiedziałem, że tak będzie. I odpisuję, że wiedziałem, że będzie dobranoc. I dostaję szybko odpowiedź, że czego się spodziewałem, że co innego ma niby być, inny rozwój sytuacji, tej wymiany pierdół? (W domyśle: u mnie lub u ciebie.) No i kurwa już opadają ręce, wszystko. Świat to garstka ludzi mądrych, których większość szczęśliwie udało mi się zgromadzić blisko siebie, i cała reszta idiotów, których wielu mam nieszczęście napotykać na swojej trudnej drodze życia.

Wchodzę do świeżo wysprzątanej kuchni. I robię sobie kolację, bo co z tego, że północ, jak się chce. Wyciągam jajka z lodówki. Na pudełku wielki napis: „Jemy swoje”. Coś mi tu nie gra.

Odkąd jakiś pewnie rok temu przeczytałem „Cząstki elementarne”, nie opuszcza mnie obawa o to, że skończę jak jedna z bohaterek tej książki, która w trakcie stosunku nabawiła się awarii plecków, w efekcie czego wylądowała na wózku, a potem z tym wózkiem, przez okno, na ulicy – popełniając samobójstwo (o ile dobrze pamiętam, bo mogły mi się teksty pomylić). (Ale na pewno popełniła samobójstwo.) Cierpię na podobną przypadłość, co ona, jakieś martwice w dolnej partii, coś, nie mam pojęcia. Teoretycznie więc w każdej chwili mogę zacząć się poruszać o kołach. Tak mi zresztą przepowiedziała taka jedna pani doktor, kiedy byłem jeszcze w liceum. Potem o tym zapomniałem, a potem te nieszczęsne „Cząstki…”. I tak już od jakiegoś roku chyba trzyma się mnie na powrót ta świadomość. Powoduje to oczywiste obawy na przykład przed uprawianiem seksu (w moim wypadku: przed określonymi jego rodzajami), które na razie spycham gdzieś głęboko i nie daję im nad sobą zapanować, ale kto wie, co będzie w przyszłości. Choć prawda jest taka, i ją głównie trzeba mieć na uwadze, że temu kutasowi Houllebecqowi o to pewnie chodziło. Żeby takie lęki wzbudzić.

Nie damy się, nie damy się. Wczoraj najpierw stałem, chodziłem i stałem w Zachęcie, potem stałem, chodziłem i stałem w Le. Potem biegłem do nocnego. Potem wchodziłem po schodach, znalazłem się w mieszkaniu, położyłem się spać. A dzisiaj wstałem z potwornym bólem kręgosłupa. Co ruch, to jęk. Nigdy dotąd nie przeżywałem czegoś podobnego. Teraz jest niby trochę lepiej, ale może sobie wmawiam, nie wiem, nie wiem… Przejdzie? Nie przejdzie? Iść do Rastra? Nie iść? A zakupy? Sok się skończył, papierosów brak.

A jeśli nagle nie będę mógł się poruszyć? Jest w tym coś prawdziwie masochistycznego: masując się po plecach, wyobrażam sobie różne warianty takiego momentu.

I znów zaczynam od opisu komiksu Raczkowskiego. Na 87. stronie bieżącego „Przekroju” wychodzących z mieszkania młodych ludzi zaczepia starsza pani (babcia), pytając, dokąd idą. Oni, że na manifestację. „Będziecie bronić krzyża?”, docieka moher (ale z odkrytą głową, bo w domu). „Tak babciu, będziemy bronić krzyża”, odpowiada wnuczka. „Z penisem”, dorzuca jej kolega, już na schodach.

Nie mam pojęcia, po co to opisuję, bo przecież każdy może zobaczyć. (Tym bardziej, że to nadal jest najlepszy kolorowy tygodnik w tym kraju, nad czym wypada tylko ubolewać.) Ale powiedzmy, że dla Zdziry, bo ona w Londynie, dla jej siedmiu pedałów (o ile czytają) i dla kolegi Porfira (choć nie wiem, czy aby nie powrócił już z Paryża). Macie.

A nawiązałem do bronienia krzyża, bo i ja bronić krzyża będę. Z penisem. Już za tydzień, w niedzielę 6 marca, na tradycyjnej (ach ta polska tradycja) manifie feministycznej. „Nie wiedziałem, że jesteś aktywistą feministycznym”, powiedziano mi niedawno ze zdziwieniem. Bo nie jestem. Jestem bardzo aspołeczny i wysoko sobie cenię tę właściwość. Tak się jednak złożyło, że wiele moich poglądów (chyba tylko poza gospodarczymi) zbiega się z poglądami tzw. środowisk wolnościowych. Więc pójdę i iść będę, bo bardzo źle się dzieje. Mimo że paru oszołomów iść będzie wokół mnie także. (Czyli kto? To zagadka dla uważnych czytelników.) Nie mówiąc już o chłopakach od Romana, co to pewnie znowu będą rzucać kamieniami. Ale to mnie nawet kręci. Rok temu sam krzyczałem: „Faszyści, faszyści!”. Kto mnie zna, ten doceni, bo wie, że z ekspresją w realu trochę u mnie ciężkawo jest. Tak już mam.

„Papież oddycha samodzielnie”. Czy te nagłówki z portali nie brzmią groteskowo?

Siedzimy ze Zdzirą na poczcie, siedzimy tak już ze czterdzieści minut. Kolejka do okienka, w którym wydawane jest awizo, nie posuwa się ani trochę. Ludzie zaczynają szemrać. Emerytki nerwowo poprawiają swoje berety.

Wszystkie głowy zwrócone w stronę wyświetlacza numerków. Podnoszą się pojedyncze głosy, zaczynają się narzekania, wreszcie krzyki, nerwówa, afera. Siedząca obok nas pani wymienia z nami uwagi, krytyczne, na temat obsługi w urzędzie na Placu Konstytucji. (Najgorsza poczta w moim życiu, proszę się jej wystrzegać.)

My się z tą panią zgadzamy, że tak, że bałagan, że tak, brak dyscypliny, nieporządek, śpią, kawę piją, nie robią nic wcale. Dopowiadam sobie w myślach, że to jedna z ostatnich postkomunistycznych instytucji w tym kraju i że porządna prywatyzacja zaraz by postawiła te wszystkie leniwe pizdy na nogi. Kiwamy głowami w rytm zastrzeżeń pani i nagle

- Bo to przyjezdni są – ona do nas. – Tam u siebie nie znaleźli pracy i przyjechali tutaj, zabierać etaty, nic nie robić.

Na co my cicho. My przecież też przyjezdni, źli.

A Zdzira to nawet wyjezdna. Dziś w nocy, na cztery miesiące, do Lądka. Będzie mieszkała z siedmioma pedałami aż. Na raz. Ona się umie urządzić.

- Będziesz za mną tęsknił? – pyta.

Odpowiadam:

- Troszkę.

Ale oczywiście będę tęsknił bardziej.

Nie mam ostatnio najlepszych doświadczeń z samym sobą. Ale czuję się już znacznie lepiej, bo to i zaczątki kolejnego przeziębienia tak jakby powoli się kończą, więc na ciele lepiej, a też i na duszy, bo pewne sprawy zostały wyjaśnione: ważne esemesy bez wiążącej odpowiedzi, wirtualne rozmowy bez finalizacji. Wszystko znajduje swoje rozwiązanie. Na dodatek, wykonując pracowicie swe pracowe obowiązki, nawiązałem korespondencyjny flirt z osobnikiem z pewnej redakcji katolickiej. Kolejny nawrócony na moim koncie? Kto wie…

Ale nie ma tego dobrego, gdyż chciałem się teraz poskarżyć. Bo po raz pierwszy kupiłem sobie coś w sklepie Reserved, tak, i od razu mi się rozjebało. (Bo do tej pory jakoś nie miałem zaufania do polskich firm, co to udają zachodnie. Bo po co.) Bo Zdzira poszła siku, kiedy byliśmy w pewnym znanym z kiepskiej literatury centrum handlowym. No i sobie myślę, co tak będę stał, kiedy ona sika. To wszedłem do Reserved, bo akurat było pod ręką. I była tam wyprzedaż, tak więc było dobrze. Z całej masy różnych rzeczy, które nie były może TAKIE FAJNE, ale były tanie, wybrałem sobie pasek. Fajny oraz tani. I co? Odpowiedź znajdziesz na początku akapitu. Na drugi dzień! Takie buty! Taki pasek.

*Chcesz wiedzieć więcej? Zobacz tu.

Nieżyt

5 komentarzy

W ciągu ostatnich kilku dni wydarzyło się wiele różnych rzeczy, o których można dzisiaj przeczytać na wielu różnych blogach. Więc ja nie będę. Tym bardziej, że skończyło się to dla mnie dość nieprzyjemnym zjazdem, więc teraz wszystko mi jedno, gdyż co dobrego to nie ja, jest mi najgorzej na świecie, tak mi źle, tak mi źle. O właśnie. Z myślą o tym, że nienawidzę wszystkiego i siebie, kładę się spać w niedzielę, po stosunkowo udanym weekendzie. Dziś bez zmian.

Dziennikarka prowadząca wczoraj wieczorem program w radiu PIN oznajmiła mi, nagle osłupiałemu, oraz pozostałym słuchaczom tej skądinąd sympatycznej rozgłośni, iż w najnowszym numerze „Polityki” jest artykuł Barbary Pietkiewicz, zdaje się, „Pornografia pod płaszczykiem”, będący wspomnieniem o zmarłej niedawno autorce kultowej „Sztuki kochania” – Wisławie Szymborskiej.

W najnowszym „Przekroju” rysunek niezawodnego jak zwykle Raczkowskiego. Z telewizora dobiega głos komentatora: Dziś Austriak będzie skakał po Polaku. Siedzący w kuchni mężczyzna wstaje gwałtownie od stołu i krzyczy: Tego już za wiele!

Inne media opisują rzekomą aferę, jaka się rozegrała na zimowisku gimnazjalistów z Jastrzębia. Znudzone i podpite chłopaki powyjmowali ptaki, zdarzyło się też między nimi małe obciąganko. Wszystko to sfotografowali takim sprytnym telefonem z aparatem, zdjęcia poszły w świat, afera teraz. O co? Gdyby tam się zaplątała choć jedna dziewczyna, koleżanka z klasy, afery by pewnie nie było aż na taką skalę. Owszem, fotografowanie aktów seksualnych przez uczniów gimnazjum, a następnie udostępnianie takich zdjęć w internecie jest sprawą naganną. Wszystkich jednak bulwersuje przede wszystkim fakt, iż było to „gej party”. Wystarczy poczytać posty na pierwszym lepszym forum. To jest naprawdę żenujące, przykre i bardzo smutne wręcz. Nikt nie jeździł, młodym będąc, na kolonie? Nie takie rzeczy na koloniach! A może tylko mnie wozili na kolonie inne od tych, na które wożona była cała reszta Miejscowych Polaków?

Na prawdę nie ma nic do homoseksualistów czy gejów, ale żadam również aby oni nie mieli nic do mnie i moich dzieci. Czy któryś z was „obrońców sprawy”
chciałby aby jego 15 letni syn jadąc na zimowisko odpocząć od trudów nauki
trzymał w ustach genitalia jakiegoś zmutowanego kolegi? Bo ja nie. Wolałbych
aby mój syn w tym wieku „bawił się” pod krzakiem z koleżanką – i to byłoby
normalne. Nie chodzi o „spalenie na stosie” winnych tego zajścia, ale o ich odizolowanie od dzieci normalnych, a przynajmniej od moich – MAMY DO TEGO (Razem z moim synem) OBYWATELSKIE PRAWO DEWIANCI
. I inny kwiatek tego samego autora: Dzieci które mają skłonności homo już we wczesnym wieku powinny być delikatnie odizolowane od reszty aby reszta ich nie naśladowała. (Z forum Gazety.pl, pisownia oryginalna). A kiedy przekatolicki pan tatuś siedzi w pracy, wypisując swoje faszystowskie brednie w internecie (izolacja! izolacja!), jego rozrywkowy syn – gimnazjalista trzepie konia pod kołdrą, przerzucając strony „Nowego Mena”… Dajcie spokój.

Najbliżsi współpracownicy o. Tadeusza Rydzyka tworzą nową partię. [...] Partię organizuje fundacja Nasza Przyszłość – Polska blisko związana z Radiem Maryja i „Naszym Dziennikiem”. Chce stworzyć silne ugrupowanie, które po wyborach przejmie władzę. „Nadszedł czas działania skutecznego w celu ratunku Polski, przez wybór władzy narodowej, która przygotuje dręczoną Ojczyznę na szczęśliwość Polskiego Narodu tj. Królestwo Matki Bożej Królowej Polski, które zapewni pracę wszystkim Polakom i uzdrowi życie wszystkich gospodarstw Polskich rolników oraz przywróci Narodowi rozkradziony majątek” – głosi manifest nowej partii. Jej struktury mają powstać: „w zakładach pracy, na wsiach i w osiedlach, a także przy już istniejących organizacjach religijnych, młodzieżowych np. ZHR, ZHP, Młodzież Wszechpolska”. [...]Budowa nowej partii toczy się pełną parą. Na wsiach i w miasteczkach fundacja tworzy Koła Miejscowych Polaków opierające się na istniejących Kołach Przyjaciół Radia Maryja. (Gazeta.pl)

Ciekawe, czy Maryja będzie królową Polski tylko formalnie, czy będą ją do nas ściągać Koła Miejscowych Polaków, żeby wzięła wszystko za mordę tak naprawdę.

Nerwy

9 komentarzy

Tak naprawdę mam hen daleko jakieś patenty na oprogramowanie, ale przyszło do mnie na jednego mejla, na drugiego, na trzeciego, żeby podpisać, to myślę sobie, a co tam, niech mają, podpiszę. No i podpisałem taki list protestacyjny, żeby nie było patentów, a wolna miłość kwitła na zielonych łąkach i lewackich pastwiskach, no i dziś wchodzę tam, gdzie ten list – i mnie nie ma! To po chuja leszczu robisz te dziecinne akcje, jak potem nie radzisz sobie nawet z prostą techniczną obsługą?

I walentynki też mam oczywiście hen daleko, podobnie jak większość dni świątecznych tej cywilizacji, ale zastanowiło mnie jedno, bo dostałem wczoraj jedną walentynkę, tak. Od redakcji pewnego tygodnika dostałem, w postaci dwupłytowego albumu z największymi przebojami o miłości. I teraz się zastanawiam ciągle, spać nie mogę, wiercę się niespokojnie. Ponieważ mnie nurtuje strasznie: czy redakcja tygodnika kocha mnie naprawdę?


  • RSS