peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

A kiedy wczoraj zadzwoniła Agata, samo sobie drzemałem, więc tak bez okularów odebrałem ten telefon, na dodatek w stanie sennego pobudzenia (bo kiedy śpię, to jestem pobudzony, a kiedy się budzę, to oczywiście tym bardziej), no i Agata mnie pyta, czy wszystko dobrze jest, na co ją, że czemu ma być źle, pytam, więc ona mi przypomina, że notka na blogu depresyjna, aha, a, to już luz luzik, zapewniam ją, jeszcze coś tam coś tam i koniec, odkładam telefon na bok, zaczynam się zastanawiać – i jak mnie nie złapie znowu!

Ponadto to nie koniec, gdyż jeszcze chciałem zaapelować o niejedzenie sałaty i rzodkiewki ze sklepu, a zwłaszcza z Alberta, bo to wszystko nawozy sztuczne i chemia. Potem przez całą noc się czuje kwasy żołądkowe w buzi i się odbija.

To jest zazwyczaj tak, że człowiek sobie chodzi, chodzę, chodzę, robi coś, robię, robię, i nagle bach, wszystko jest bardzo bez sensu. Depresja. No i to właśnie mnie złapało wczoraj, proszę bardzo, jak na dłoni, bach. Wszystko jest bez sensu i wszystko jest zupełnie nie tak, nie tak, nie tak. A jaki jest lek na depresję? Najebać się. Zdrowo. Wiadomo.

Toteż kiedy mój współlokator zeznał, iż się wybiera na karaoke do Toro (polecam wszystkim, którzy jeszcze, o dziwo, nie byli), pomyślałem sobie, że mimo planów czytelniczych i oszczędnościowych – co tam. Pójdę. Nie będę przecież tak siedział. Bo karaoke w Toro, jedyna popularna rozrywka tego narodu, którą mogę pochłaniać w dowolnych ilościach, działa na mnie zwykle bardzo dobrze i napawa mnie wybornym humorem na dalsze trudne dni (i noce).

Tym razem jednak, wczoraj, nie udało mi się rozwiać wszystkich wątpliwości egzystencji. Mimo że piwo za piwem, papieros za papierosem, a wykonawcy przebojów starali się jak nigdy dotąd. Rozwiałem za to inną swoją wątpliwość, odwieczną, a dotyczyła ona słów pewnej piosenki. Wszystkim znanej. Chodzi o „Pszczółkę Maję”, proszę państwa, a w tej „Pszczółce Mai” o słowa, które zawsze mnie wprawiały w zadumę. Słyszałem bowiem raz za razem: „Malutka pszczółka niczym miś”. Jaki miś, kurwa? To mi nie dawało spokoju. Jednak stare polskie piosenki są zazwyczaj, śmiem twierdzić, tekstowo bez sensu. By wspomnieć choćby te najbardziej według mnie odjechane: „Malinowego króla” i „Zegarmistrza światła”. No nie? To sobie przyjąłem do wiadomości, że miś. Dobra, chuj.

I nagle mi się wyświetla wczoraj przed oczyma wszystko, przed uszyma, i nagle wszystko wiem, wszystko jest jasne i logiczne. „Malutka pszczółka mieszka w nim”! (I wiedzie wśród owadów prym.) Epifania. Ekstaza. Dzieciństwo poddane lustracji w klubie dla pedałów.

- Patrzę, że ona też jest na klatce i zamyka mieszkanie, to mówię do niej, dokąd idzie. Ona, że do Tesco, na zakupy. Pytam ją, co chcesz kupić. No to ona, że nie wie, ale coś mało kalorycznego, wiesz, żeby nie przytyła za bardzo. I się śmieje. To ja jej taki tekst, że ten, że przecież ona nie ma się o co martwić w ogóle, że zgrabna jest.

- I tym ją, stary, wyrwałeś!

Przez cały czwartek byłem obserwowany. Zaczęło się w Karmie, kiedy usiadłem na oknie z samodzielnie przyniesioną kawą. Biorę do ręki „Przekrój”, zapalam papierosa – i nagle to znane uczucie nie bycia samemu we własnej rzeczywistości. Czułem na sobie wzrok, nie jeden nawet wzrok na sobie czułem, ale choć rozglądałem się uważnie – nie udało mi się dostrzec podglądaczy. Zachęceni najwyraźniej takim obrotem sprawy, nie poprzestali na tym, i udali się za mną na przystanek, do tramwaju się za mną udali, przecież czułem, a potem do sklepu. No ale co zrobić, w końcu trudno jest coś zrobić, kiedy nie wiadomo, co tak naprawdę ma miejsce. Dopiero kiedy wchodziłem w bramę mojej kamienicy, podeszła do mnie grupka zmarzniętych osób, prosząc: „Możesz wejść jeszcze raz? Musimy mieć dubel”. „Co chcecie mieć?”, zapytałem. „Dubel”, odpowiedzieli. „Filmujemy cię”, dorzucili do tego, „i pokażemy cię w telewizji”. O. Więc do zobaczenia jestem. Do zobaczenia jakoś w maju w jednym z programów kulturalnych.

A w najnowszym „Przekroju” obok reklamy książki Bartosza Żurawieckiego „Trzech panów w łóżku, nie licząc kota”, znajduje się moduł z napisem: „Polska jest jeszcze w miarę chrześcijańskim krajem”.

Hehehehehe, ale ja nie wiem, o co chodzi.

Szanowni państwo, pojawiło się nowe pismo – „Ozon”. Otwieram i co widzę? Agata Passent.

A w poniedziałek był wernisaż Agaty, no i tak sobie stoimy na tym wernisażu, to obejrzeliśmy, tamto obejrzeliśmy, i pytam Agatę, czy coś jeszcze jest do obejrzenia, na co ona mówi, że jest, że tu obok jest coś do obejrzenia, do obejrzenia coś w byłej Cafe Brama. To wziąłem Adama i wchodzimy tam, a tam ciemno, nic nie widać, coś nie gra. Ale nic, sztuka, sztuka, panie, nie ma lekko, jak chce się obcować, to trzeba się napracować. No i my w te ściany tak patrzymy, z zapałem, a za nami już za moment pan z obsługi, co wyprasza. Jak nie można, to nie można, włączam swoją submisywność i posłusznie w stronę wyjścia, przepraszamy, do widzenia. I głowę bym dał, że jak wchodziłem, to były tylko takie czarne, trochę ciężkie kotary, ale w drodze powrotnej zderzam się z przeszklonymi drzwiami, o kurwa, jak w komedii o najniższym z możliwych budżecie. Składam głowę na ołtarzu sztuki, do sztuki zawsze staram się podchodzić z głową. (Lecz guz nie wyskoczył.)

A z wątków aktualnych: Nie interesuje mnie najnowszy papież. Bo w końcu Hitler kaput, a jugend przemija tak prędko. Heil, heil, heil!

A w sobotę to ja byłem w CSW i nawet powiem, że niech żałują ci, którzy nie byli, choć mogli. Koncert koncertem, tłumy tłumami, ale, uwaga, piwo za cztery zeta. A przecież i tak nie to było w sobotę najprzyjemniejsze, bo najprzyjemniejsze było siedzenie w rozsypanych po podłodze kulkach styropianowych, obrzucanie się tymi kulkami, wyjmowanie kulek z plastikowych kubków z tanią zawartością, mimowolne kulek połykanie, wypluwanie, kulki we włosach i w butach; kulki po przebudzeniu rano, kulki zewsząd, kulki wszędzie. Zupełnie niezobowiązująco i zupełnie z dala od problemów. I tylko szkoda, że piątkowa (równie przyjemna, choć na inny sposób) wódka ciążyła jeszcze w sobotę za mocno i za długo, każąc myśleć o domowym materacu. I oto nam się objawia podręczna ilustracja jakże mało odkrywczej tezy, iż człowiek jest, proszę państwa, istotą nieustannie dążącą do czegoś innego. Tutaj jest ci całkiem świetnie, ale tam też nie najgorzej. Świat to za mało, no tak, bo albo jest się neurotycznym, albo neurotycznym się nie jest. A że na ogół się jest, to trzeba być konsekwentnym. Więc nie ciesz się, nie ciesz za bardzo, bo i tak jest już za późno na wszystko.

Dziś z kolei obchodzimy, jak słyszałem, Światowy Dzień Ochrony Zabytków. Serdecznie dziękuję z góry za życzenia i przekazuję empatyczne „nawzajem”.

To było w piątek wieczorem, kiedy w przejściu obok metra Centrum rozstawił się ze stołem didżej. (Nie wiem, jaki był ciąg dalszy.) Wracałem obładowany z Alberta. U bramy (tak, u bramy) mojej kamienicy zastałem osobnika wpatrzonego w klamkę. Poczuł mnie i się odwrócił.

- Nie wie pan, jak się dostać do lokalu dwadzieścia dziewięć? – zapytał.
- Pewnie domofonem. A co? Nie odpowiada?
- Nie próbowałem jeszcze.

Pedały

23 komentarzy

Jak być może niektórzy wiedzą, z powodu śmierci papieża został odwołany Marsz Tolerancji w Krakowie. Długo nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Na początku ta decyzja wydawała mi się po prostu idiotyczna, potem jednak przeczytałem u Porfira coś takiego: „Pomyślałem sobie, po wielu przemyśleniach, że decyzja słuszna, będą mieć na przyszłość koronny argument, że szanują uczucia religijne”. No i przyznałem mu rację. Choć chwilę później pojawiły się wątpliwości… I tak w kółko. W końcu uznałem, co zresztą podtrzymuję, że jestem po prostu za głupi na polską rzeczywistość. Postanowiłem więc nie mieć zdania. Lecz zdanie się pojawiło. Samo. Po przeczytaniu tego tutaj tekstu. Nic dodać, nic ująć. Pełnia, precyzja. Hosanna.

A tak poza tym, to chcę sobie kupić tani fajny rower. Najlepiej marki Kolbe – taki jak miała Masłoska.


  • RSS