peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2005

- Czy to jest narysowane, czy to jest namalowane? – wymachuję świstkiem przed urzędnikiem pocztowym, kierownikiem, z placu Konstytucji (najgorsza poczta na świecie, już mówiłem, ale pewnie jeszcze nie raz to powtórzę).
- Ale o co panu chodzi?
- Chciałem się dowiedzieć, dlaczego ten list jest, ale go nie ma? – nadal mu macham awizo w prawo, lewo.
- Jak to jest, ale go nie ma? O czym pan mówi?
- To nie ja mówię, proszę pana! Usłyszałem to od instytucji, którą pan reprezentuje!

Pan awizo wziął, przeczytał, list znalazł. Czterdziestominutowe oczekiwanie na odbiór przesyłki doprowadziło mnie niestety do stanu jak wyżej. Bo kiedy jestem wkurwiony, nie zawsze panuję nad tym, co wymawiam do ludzi. A później ja pierdolę.

(Podobnie rzecz się ma ze znudzeniem. Całkiem niedawno jednemu panu, jednej pani i mi zadano to samo pytanie. Chodziło o targi książki, a przy okazji targów książki o to, czy jest to bardziej dla wydawców święto, czy bardziej jednak wysiłek. Pan mówi, ze święto i wysiłek. Pani mówi, że święto i wysiłek. A ja? „Nie widzę tu pola do polemiki”. To była na pewno jedna z najgłupszych odpowiedzi w historii polskich fal radiowych.)

Ej, ale ta nowa Masłowska to cieniutka jest, oj, a jeszcze niedawno, kiedy byłem pytany, co sądzisz, pip, na podstawie zaprezentowanych w prasie fragmentów, o nowej Masłowskiej, podoba się?, to mówiłem dobrze sądzę i teraz muszę odszczekać. Co, źle? Do połowy porywające wręcz, ale potem, od kiedy zaczyna się Sylwester 2004 i jego opisywanie, tak mniej więcej, robi się z tego nuda straszna, traci jaja dziewczyna, Stanisław Retro, Stanisław Retro. Nic się w języku nie dzieje, a przecież o to miało tutaj chodzić, o język. Poza językiem co masz, poziom obserwacji na poziomie rozprawki maturalnej* przedstawia sobą ta nowa Masłowska, Daniel Odija z warszawskiej Pragi; ale to wiedzieliśmy już wcześniej wszyscy, każdy na język czekał, ale numer, rymowane będzie, słyszaeś?; ok., nie wiem, czy wszyscy, ja na pewno czekałem, nogi drżały. (Za wszystkich nie ręczę, państwo to nie ja.) Poland buraki ćwikłowe, nic ponad to, szkoda bardzo. (Ale to chyba pierwsza polska książka wspominająca o śmierci papieża. Warto odnotować. Może właśnie stąd tak po udach leci od połowy, że na szybciocha – ale dlaczego? – kończone?)

[*Sori maturzyści, którzy mnie czytają, i ja to wiem, ale tak się (tylko) mówi.]

Co robię, kiedy w komputerze, do którego siadam w kafejce internetowej, zastaję niewylogowane gadu-gadu? (Użytkownik Daniel.) Dodaję opis „mam krosty”. Mechanicznie, jakby to było najbardziej oczywiste zachowanie na świecie.

Powinno się mnie reedukować.

Nie no, może macie rację. Takiego zajebistego bloga bez sensu jest likwidować. Tak mnie jakoś naszło, ale to był tylko odprysk większej akcji. Takie akcje mają miejsce, są w obiegu. Nie da się ich wymienić na nic; trzeba je przeczekać, przeżyć. Przeszło.

Dwadzieścia sześć i dwie dziesiąte stopnia, mówią w radiu, a ja siedzę w domu, czytam, zamiast wyjść na zewnątrz, opalić się i zostać ładnym. Czytam „Pawia królowej”, dopiero niedawno zacząłem, bo wcześniej nie miałem czasu. I bardzo chciałbym teraz skłamać, wyznam, gdyż bardzo chciałbym napisać, że czytam coś innego, inną powieść – „Madame Sinobrodą” Renaty; Renaty Bożek. Wyznać, żeby polecić, chciałbym. Że niby tak aktualnie czytam i patrzcie, o, jakie niezłe. Ale ja czytałem to naprawdę dawno temu, kiedy jeszcze to nie była książka, bo nie miała okładek. Jeszcze w styczniu. Więc teraz polecam gorąco z okazji tej, że się ukazała. Warto. Ona jest taka, ta powieść, że może być o miłości, ale jeśli ktoś nie zechce, może być o czymś innym. Taka książka! Prawdziwy autograf autorki.

No ale „Paw królowej”, kiedy dwadzieścia sześć i dwie dziesiąte stopnia, dom. Natykam się na nazwisko Sławek Sierakowski w tekście. Myślę sobie, Jezu, tutaj też?! Odkładam na bok, szukam planu na ciąg dalszy. (A potem idę na rower.)

.

26 komentarzy

Dobra, wystarczy.

Nie piszę nic, bo jestem zabiegany. Poza tym nic mi się nie chce. Dużo stresu. Mało spania. Ale rzygałem rano całkiem ostro i to mnie chyba trochę oczyściło. Widać pierwsze efekty. Spokój. To przede wszystkim. Co się przejawia w tym, że na przykład rozstałem się dziś z miejscem, w którym zarabiałem dodatkowo czasem. A teraz nie muszę dorabiać aż tak bardzo. Ponadto nie lubię, kiedy mnie się traktuje dość nieodpowiednio. Więc pełen frustracji rozstałem się, ale nie powiedziałem wcale „głupia suka”. Chociaż chciałem. W zamian za to usłyszałem: „Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś pan do nas wróci”. Głupia suka.

Niech już zacznie padać, bo jak się zanosi na burzę, to jest najgorzej.

Ebo (komplemę): „Kiedy obserwowałem, jak się bawisz na moich urodzinach, zastanawiałem się, jaki byłeś w Krakowie. Jesteś taki niekrakowski”.

Michaśka: „To ty jesteś ta Pilarczykowa, tak?”.

No niby tak, ale czy tak?

Miałem opowiedzieć o tym, jak wczoraj przez cały niemal bankiet chodziłem z wielką plamą wina na brzuchu, i nikt, naprawdę nikt mi nie powiedział, znieczulica, co skończyło się tym, że obgadywali mnie wcale nie dyskretnie pewni szwajcarscy artyści, których chciałem bardzo blisko poznać prawie wszystkich.

Dziś jednak podarowano mi „Produkt polski” Sławomira Shuty, zbiór jego manifestów, kolaży i czego tam nie ma, nie wiem. Nie wiem, gdyż ponieważ jeszcze nie doczytałem do końca, no bo jak, ale i tak chciałbym to tutaj zareklamować, polecić, poświęcając owo zajmujące opowiadanie o plamie. Wydawca: korporacja. Cena dwadzieścia pięć zero jeden. Książka oznaczona godłem Teraz Shuty, zaraz Polska. (Zacytowałbym coś, ale trudno mi się zdecydować; najchętniej zeskanowałbym i wrzucił tutaj całość.)

To jest prawdziwy Shuty. „Zwał” na makulaturę.

Od fryzjera wróciłem o jakiejś 1.00 w nocy, co oprócz opłaty za obcięcie, uiszczonej przed wyjazdem, kosztowało mnie dwadzieścia sześć ze po przyjeździe, prosto w dłoń milczącego pakera z Night Drivers. Cóż było robić, kiedy po skończonym przycinaniu i modelowaniu na stole pojawiło się picie i palenie. Trzeba było zostać i rozmawiać, pić i palić. Zwłaszcza że towarzystwo miłe, choć trochę z innego piętra. Choć w domu na biurku komputer, a w nim jeszcze na wczoraj praca. (A tam praca!) A potem nocna przejażdżka Wałem Miedzeszyńskim, czarną hondą, szybką. Naprawdę – bardzo. Jeszcze mi nogi latają.

Było upalne popołudnie, gdy podnosiłem się na drżących rękach, kompletnie zamroczony cieknącą jeszcze ze mnie ekstazą, gdy opór rozdzielania naszych spoconych, gorących i lepkich ciał przywrócił mnie do życia. Leżeliśmy nadzy, zagubieni gdzieś w oceanie piasku. [...] Siedziałem między jej udami, nieśmiało wpatrzony w soczyste łono, otulone gęstwiną czarnych, kręconych włosów. Jej pełne biodra, mocno wcięta talia, lekko wypukły brzuch, prowadziły zmysłową rozmowę o harmonii obfitości. Jej piersi, przy pierwszym spotkaniu wywołujące odruch paniki, stawały się po chwili twoim pięknym przyjacielem, narkotykiem, od którego coraz trudniej było uciec. Jak wielkie, soczyste chlebowce podążały za każdym drgnieniem ciała, a zarazem namacalnie, twardo wypełniały każdy zakamarek twojej napalonej jaźni. Nasyceni dopiero co zakończonym aktem, byliśmy głodni, ale już nie siebie. Doskwierał nam zupełnie inny, bardziej metafizyczny głód – głód miłości, gdyż obydwoje byliśmy samotni. Strużki, jeszcze przed chwilą mlecznego nasienia, zamieniły się w bezbarwne ślady męskiej rozrzutności na kobiecych udach. W sensie czysto potencjalnego daru życia, ów nadmiar, wydawał się tak absurdalnym, jak absurdalnym była nieskończoność, nikomu niepotrzebnych, otaczających nas ziarenek piasku, które w jakiś przewrotny sposób podkreślały pustkę naszych serc. Czyżby jednak szczodrość natury była wybiórcza?

Bardzo lubię dostawać propozycje.


  • RSS