peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2006

Chujnia

20 komentarzy

No jasne, kiedyś tu było ostrzej, społeczniej, zjadliwiej. Teraz jest nijako, nudno i spokojnie. Bo chciałem inaczej. Bo to jest normalnie za duże wyzwanie dla mnie: musiałbym na bieżąco o tym, co mi się nie podoba, a nie podoba się codziennie; zawsze coś nowego i ciągle to samo. Tak jest.

Nie ugaszę jednak żaru, co w mych trzewiach drzemie. Powrócę tu, gdzie nadwiślański brzeg. Albo wymyślę coś zupełnie innego.

Niedziela. Leżę w łóżku na brzuszku. Prawą ręką dotykam kręgosłupa. Przesuwam w dół i w górę: masaż. Staram się dotrzeć wszędzie. Dla tej jednej czynności ktoś by mi się przydał w tym momencie.

Radio Złote Przeboje. Kubek zielonej herbaty. Rozliczne lektury. Długopis i kartki. Spokój.

W spożywczym sklepie samoobsługowym zakupy robi pan z synem. Pan jeszcze młody, a syn malutki. Wielki kosz z pieczywem: pan ładuje z kosza w koszyk bułki. Z sezamem, makiem, słonecznikiem…

- A z sałatą nie ma? – pyta syn.

Kiedyś, kiedy jeszcze mieszkałem w Krakowie, miałem chłopaka, proszę sobie wyobrazić, z Rzeszowa. Widywaliśmy się najczęściej w ten sposób, że przyjeżdżał do mnie do akademika. Nie zawsze jednak układało nam się dobrze, czasem trzeba było się przepraszać, czasem trzeba było w pociąg do Rzeszowa wsiąść, pojechać. Co się stało też pewnego razu, wydarzyło. Zimą, może nawet w lutym. Może właśnie mija okrągła rocznica tamtego mojego wyjazdu? Nie wiem, już nie pamiętam, w którym to się działo roku.

Spotkaliśmy się, załóżmy, na peronie, ja już od pierwszych chwil nieobrażony, wiadomo: wszystko będzie odtąd jak najlepiej. Poszliśmy do kawiarni czy też restauracji w podziemiach tamtejszego teatru. W kawiarni czy też restauracji dotykaliśmy się dyskretnie pod stołem, trzymaliśmy się za ręce, kiedy nikt nie patrzył. Po wyjściu stamtąd, przed wejściem, pocałowałem go, to była sekunda. Pierwszą jego reakcją było przerażenie, że ktoś mógł „to” zobaczyć. Potem długo wspominał ten mój pocałunek jako jedną z najprzyjemniejszych chwil, jakie mu się przytrafiły w życiu. Chcieliśmy jeszcze dokądś pójść, ale żadna rzeszowska ciota nie dysponowała lokalem dla nas. Musiałem wracać do Krakowa – i wróciłem, szczęśliwy; wtedy chyba jeszcze nie do końca uświadamiając sobie absurdalność i opresyjność życia w tym kurewskim kraju.

Byłem wczoraj na „Brokeback Mountain”. Przypomniała mi się ta historia. Postanowiłem ją opisać, ale więcej sentymentalizmu tu nie będzie, obiecuję. To się nie powtórzy.

Z tych dachów tak kapie, że nic nie widzę normalnie. Na okularach robią mi się kałuże. Chyba mam jakiś problem.

Stereo Total, owszem, było w CDQ w piątek, ale tylko dla siebie miałem to w sobotę rano, kiedy sąsiedzi z góry rozpoczęli remont. Rumory z każdej strony. (No i co się tak, kurwa, wiercisz?) Leżąc z głową pod kołdrą, ćwiczyłem spokój wewnętrzny. Leząc potem do sklepu, odczuwałem z przyjemnością, jak ten spokój we mnie się rozpościera. To jest! Rzeczywiście. I trwa do tej pory. Nie dotkniesz mnie i nie poruszy mnie nic w najbliższym czasie. Choćby nie wiem jaki hałas. Nie pogadasz.

A gdy w niedzielę wieczorem wracałem do domu, czarny kot, który zmierzał z prawej w lewą stronę, zatrzymał się i poczekał, aż przejdę.

Wczoraj po południu piszę do Londynu: „Panie Profesorze, w Warszawie już odwilż”. (Bo usłyszałem w radiu i mnie to podnieciło.) Dzisiaj rano wychodzę na idiotę, bo w tym samym radiu: „Spadnie dziesięć centymetrów śniegu. Proszę założyć kaptur”. (Oczywiście to, że radio wyszło na idiotę, najmniej wszystkich zainteresuje. Wszystko się na mnie skupia, wszystko.)

Wychodzę do pracy, na przystanku zdzieram ogłoszenie: „Wkonam tanio!”. Świetnie! Jak tak dalej pójdzie, pewnie też wkrótce wkonam. W autobusie pierdolnięta (zawsze siadam obok pierdolniętych) najpierw mruczy, a potem śpiewa coraz głośniej: „Jakby się nigdy miał nie skończyć czaaaaas”.

No zajebiście, kurwa. Dopiero dziesiąta.

- Dobre było jedzenie tam, w Piwnicznej…
- A za mną chodzą pierogi ruskie…
- Ze skwarkami?
- Nawet bez niczego, z wody bym zjadła!

Niedziela

9 komentarzy

Lewą nogę mam owłosioną bardziej. Właśnie wyszedłem z wanny. Siedzę sobie na łóżku. Słucham głośno muzyki. Szlifuję świeżo poprzycinane paznokcie. Oglądam się. I widzę. Lewą bardziej. Przez tyle lat nikt tego nie zauważył.

Wstaję, poprawiam prześcieradło. Pod nim znajduję monetę. Pięćdziesiąt groszy; zaskoczka. Któryś zapłacił?

Dzwonię do pewnego dużego radia (niepublicznego), mówię, jaką mam sprawę, mają mnie połączyć z kimś innym. Muzyczka, na na na na, enkor iun fłaaaa. Po chwili:

- Dzień dobry, tu Kasia Kowalska.

Więc i ja się przedstawiam, zaczynam nawijać, o co cho. I dopiero kiedy znów rozlega się w słuchawce piosenka, orientuję się, że to była Kasia taka piosenkarka. Kasia z automatu.


  • RSS