peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2006

Sronda

12 komentarzy
SONDA
na wiosnę:
alergia
alegoria
aleorgia

Od kiedy mieszkam z Ebo, bywam klientem (gościem?) kaefce (Word poprawia na „Kafce”), gdzie nawet znalazłem produkt (danie?), który mi w miarę smakuje. (Nie powiem, co to jest, bo mylą mi się nazwy.) Pośród rozlicznych warszawskich placówek (restauracji?) wspomnianej sieci, szczególnie często bywam w tej naprzeciwko Smyka – bo bywam tylko wtedy, kiedy muszę, a muszę wtedy, gdy się spieszę, a spieszę się zazwyczaj, kiedy jestem w śródmieściu. (Śródmieściu!).

No i, proszę sobie wyobrazić, wczoraj: okazało się, że toaleta, z której zwykle tam korzystam, jest toaletą damską. Męska na prawo. Wystarczyło mniej pośpiechu (sunąłem za powolnym bezdomnym) oraz więcej zwracania uwagi na detale. A zawsze mnie zastanawiały napotykane tam raz wrogie, innym razem płochliwe spojrzenia bywalczyń. To jak z tym esemesem od Agaty: „dzisiaj jest zaćmienie słońca”, na którego odpisałem: „nic nie widzę”.

Jestem nieprzystosowany. Do twarzy mi z tą autodestrukcją.

W Kulturalnej znów komplementują mnie zza baru: „Zaszczycisz nas swoim tańcem w piątek?”. No ba, no coś podobnego. A ja tylko za piwo chcę zapłacić. Więc chwila zażenowania (pozory!) i zaraz do niej mówię: „Wiesz, były takie plany, ale są też być może inne, nie wiadomo”. Ona tak już któryś raz, a ja nie zaprzyjaźniam się (jestem taki oziębły!), choć znajomość z barmanką to gotowy motyw literacki czy filmowy, a gdyby nie pewne okoliczności przyrody, romans z barmanką – tak, to byłoby dopiero, to byłby topos toposów. Byłaby moją Panią Zosią ze Zwisu, ja byłbym jej Jerzym Pilchem.

Wracam z piwem do stolika, zbieram się w sobie i mówię, że chciałbym postawić jasno, tę sprawę, że który to już raz, ale znowu się nie zaangażowałem, że przepraszam, ale muszę kończyć.

Zdzira oczywiście przestawiła zegar o godzinę do tyłu, więc była uroczo zdziwiona, kiedy zadzwoniłem do niej, mówiąc, że gdzie jest, że już siedemnasta dwadzieścia. „Pipuś, co ty wyprawiasz, przecież jest dopiero po piętnastej!”. Zmiana czasu i mnie wzięła z zaskoczenia: z soboty na niedzielę siedzę przed komputerem, niby to pracując, i co widzę? Trzecia dziesięć! Pierwszy raz w życiu skorzystałem wtedy z zegarynki; trudno było mi zrozumieć, co się stało.

Czekając na Zdzirę w Karmie, czytałem „Spokój”, trochę słabą, a pod innym względem mocną powieść, która od pierwszej strony zostawia po sobie ślady. („Kiedy nie mamy odwagi uderzyć, zaczynamy traktować pismo jak bicz albo bykowiec”.) Do kawy przygrywał Kostek z Super Girl. Jaki zabawny zbieg okoliczności, prawda? Biedni okoliczni chłopcy wynosili garściami darmowe pocztówki, żeby je później sprzedawać w knajpach za co łaska. Zdzira wpadła jak fryga już o siedemnastej czterdzieści.

Jeśli ktokolwiek miał dotąd wątpliwości (a nawet ja miałem), to teraz nie powinien mieć: idzie ku jeszcze gorszemu. Codziennie nowe, coraz bardziej kosmiczne wiadomości z frontu walki o katolickie oblicze narodu (bo przecież nie społeczeństwa): tego nie wolno, tamtego, to obraża, tamto jest wybitnym grzechem. Władza coraz głębiej wpycha nam do gardeł swój śmierdzący knebel, coraz większa w niej potrzeba cwelenia. Rozdziobują nas kaczki, kruki. Nad wszystkim czuwa Bóg, Buczek.

I nie chodzi o to, że się boję, bo tak naprawdę jeszcze niewiele mi mogą, poza ewentualnym naskoczeniem. Chodzi o to, że odczuwam maksymalne wkurwienie, potęgowane przez bezsilność. Czekam na zadymę.

PS: Czytaj „Przekrój”, s. 28-30.

Z jednej strony „Lampy” Agata topless, z drugiej papież; nasz, polski, ale jednocześnie udawany, odgrywany, z filmu. W autobusie za to łysy koleś: spodnie moro, czarna kurtka, glany. Skin. Obok niego wolne miejsce. Siadam i otwieram ‚Lampę” na tekście o syberyjskim punk rocku. Tamten jednak nie zwraca uwagi. A mógłby, bo sytuacja wymaga ode mnie przekroczenia pewnych barier. (Nie mówiąc już o tym, że artykuł w ogóle mnie nie interesuje.)

Nie interesuje, nie interesuje, za to pierwsza „Machina” znacznie lepsza od zerowej, nawet, że tak powiem, poświęciłem na nią wczoraj z godzinkę, zanim mi się przysnęło na kolejnych czterdzieści parę minut. Nadal jednak uważam, że to takie „Bravo” dla nieco więcej wymagających. Jak z tym papieżem na okładce „Lampy”: zaledwie brat naszego boga, siódma woda po kisielu, aktor, niewierna kopia. Choć odważna.

Bzdury

14 komentarzy

Na Brackiej pani wygrzebuje z kosza bluzkę. „O, jaka ładna”, mówi. „Jaka ładna ta bluzka! Czysty jedwab! Tylko ten kolor…”. „Buras!”, dorzuca druga. Wieczorem Ebo, ostatni, który tak o porządek dba (wystarczy się rozejrzeć), ściga mnie za jakiś nieumyty (jego!) garnek. Każdy może mieć gorsze chwile, myślę, zamykam się więc w pokoju i biorę za swoje sprawy. Rozliczam się z dochodów. Wychodzi mi zwrot złotówki.

Wyprzedzam swój wiek choćby pod tym względem, że już teraz miewam bóle kręgosłupa. Wprawdzie coraz rzadsze, z czego wypada się cieszyć – i ja się cieszę, nie przeczę. Coraz rzadsze, lecz przez to: bardziej zaskakujące. Skąd nagle na przykład ten, który trapi mnie od dwóch dni? Nie dźwigałem przecież niczego, więc boli mnie może dlatego, że od dwóch dni sypiam z psem? (Mieszka ze mną tymczasowo buldog.)

Nie dowiem się, wcieram w siebie żel, krzyczę na psa i każę mu wyjść, bo znowu puścił bąka. Wiem, że za chwilę wróci; głupi, rozbrajający, słodki. Do następnego razu.

Czasem, kiedy kroję paprykę, okazuje się, że w dużej jest zupełnie malutka, taka jakby matrioszka; taka jakby jej córka. Bawię się w aborcję i wyrzucam środek. Nasionka też do kosza, do nasionek ogonek. Zostaje tylko powłoka. I miąższ: wyobrażone mięso. Tnę je w paseczki nożem; jak psychopata skalpelem… Horror! Pip to dziś Pat Bateman.

Przygotowując śniadania, przypominam sobie autystyczne zabawy z dzieciństwa. Raz byłem pielęgniarką, innym razem mordercą.

Dziś będzie krótko, bo jestem strasznie głodny i zaraz wychodzę z pracy. Więc opowiem, że mam w buzi bąbla, który wprawdzie nie boli, lecz przeszkadza. Trudno coś przedsięwziąć w jego sprawie: nie znam leków na bąble, mogę tylko dotykać i uciskać. To nie wyleczy, wiem, jest jednak bardzo przyjemne. I bardzo nieeleganckie. Zwłaszcza kiedy robię to palcem. (Znam parę technik: można też dotykać językiem.)

Ale, ale. Dowiedziałem się ostatnio, że jako jeden z pierwszych w Polsce miałem irokeza klepsydrowego. Więc mogę sobie pozwolić na znacznie więcej niż inni. Rozumiecie.


  • RSS