peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2006

Autoterapia

13 komentarzy

Magazyn Futu (o Futu tu:
http://www.brief.pl/magazyn,artykul,2869,129.html
), którego nowego numeru jeszcze nie dostałem, choć Ebo dostał go aż pięć, wyjątkowo zadbał w tym tygodniu o swoich czytelników, w tym o mnie, fundując wjazd na koncert muzyka Możdżera. Mając do wyboru: andrzejki z radiem PiN, randkę z parą dwudziestotrzylatków oraz ów koncert właśnie, postanowiłem zrealizować się na płaszczyźnie duchowej, przy okazji (uświadamiając sobie, jak wiele mam możliwości spędzenia wieczoru) pozbywając się dołka. (Na dołki zacząłem brać magnez. Dobry jest.)

Koncert jak koncert, Fabryka Trzciny jak Fabryka (o wiele przyjemniejsza dla oka publika niż dzień wcześniej, na jej urodzinach). Przy wyjściu, w szatni: „Szatnia jest niestety płatna”, mówi pani. „Niestety”, potwierdzamy, po czym daję jej dziesięć złotych i dostaję złotych dziesięć, tyle że w bilonie. A potem wódka z Adamem na lokalu mieszkalnym i obudzenie się w nie najlepszym stanie. Nie jest źle. Bo niby wciąż realizuję życia przejebanie, ale lepiej być leniem w dobrej (psychicznej), niż w złej (każdej) formie.

Z dupy

12 komentarzy

Sny: biorę udział w pogrzebie Tito. Albo: znajomy mówi, że go boli głowa. „Masz modafen?”, pyta. Odpowiadam: „Nie, ale mam corhydron”. (Nie mam za to vipa do pieksy.) Więc dziwnie. Na żywo też. Naprawdę jakoś znowu lekko depresyjnie. Snuję się zamiast chodzić. Leżę zamiast coś robić. Nie robię nic. Albo robię coś głupiego. Ale może to ta mgła. Albo może za dużo alkoholu. Albo może go za mało. E. Zmieni się, zmieni.

Esemesy: „We Włoszczowe, a nie we Włoszczowej. Błąd, błąd, błąd”. Że niby na blogu. Odpisuję: „Jestem właśnie na urodzinach Fabryki Trzciny. Tu jest znacznie więcej błędów.”

Niby Hanna, ale jeszcze nie do końca. Zawsze potrzebuję potwierdzenia. Siedzę wieczorem w domu i staram się coś zrobić z zatokami. Od paru dni dają mi się porządnie we znaki (weekend przez nie poszedł praktycznie się jebać). Słucham radia. Kiedy Hanna oficjalna? Dopisałem się do listy już przed pierwszą turą, żeby zagłosować.

Wybrane propozycje słuchaczy TOK FM dla Marcinkiewicza: mógłby zostać prymasem, mrówkojadem, treserem Irasiada, drinkiem Jamesa Bonda, figurą woskową, dziewczyną jednego ze słuchaczy, zawiadowcą stacji we Włoszczowej, drugą damą, mógłby zastąpić Hasselhoffa w „Słonecznym Patrolu”, zająć się hodowaniem kłaków na pępku, chuj mu w dupę.

PS: „Lubisz całuski?” – to najnowszy z randkowych tekstów, który podobnie jak poprzednie z pewnością przejdzie do historii (w odróżnieniu od Marcinkiewicza).

Czyli fragment kolekcji 2006.

matkaboskaprezentowa.jpg

Niech was oświeci (których to dotyczy) w niedzielę, podczas drugiej tury wyborów.

1. To było już jakiś czas temu, przesiadałem się na Metrze Służew. Wsiadłem do jeden osiem dziewięć. Przed sobą zobaczyłem skuter. Zielony, na nim napis Black Master Speed 1000. Na miejscu, gdzie zazwyczaj w autobusach ludzie, którzy mają, umieszczają wózek. A na skuterze dziadek siedział. Tak jakby zaparkował. W pozycji takiej, jakby jechał. (Bo niby przecież tkwił bez ruchu, to jednak się przemieszczał. Takie są fizyki paradoksy!) Strój miał na skuter odpowiedni: długi niebieski płaszcz (roboczy), skórzane rękawiczki, z daszkiem czapka.

Dokąd tak pędził, choć nie pędził, tamtej nocy? Wstydziłem się zapytać. Dręczy mnie po nocach ta zagadka.

2. Wchodzę do autobusu i już chciałbym wyjść, lecz nie mogę. Zatrzaskują się drzwi, autobus rusza z kopyta, z kopyta. A chciałbym wyjść, bo smród tu jak skurwysyn. Dziecko zrobiło kupę, matka je przewija. Tłok. Nie ma gdzie przejść. Wsuwam nos do szalika.

Brakuje mi zdania do dziś: to była matka-ofiara czy matka-terrorystka?

Anioł/Trup

42 komentarzy

Po sobotnim wernisażu Agaty trafiamy do pawilonów. Trochę mi się nudzi, a początki przeziębienia eliminują część spontanicznych pomysłów.

Pozostaje obserwacja otoczenia.

- O, tam, po prawej, siedzi dziewczyna-trup.
- Która co?
- Dziewczyna-trup!
- Która co?!
- …

Chwilę później:
- Bo myślałam, że mówisz: „Dziewczyna, która…”

Dziś z kolei słowo „przeziębienie” mówi o mnie wszystko. Jestem jednym wielkim smarkiem obsypanym pryszczami. Trochę ładny, ale poza tym okropny.

Otwieram okno, choć zimno, i wyłączam radio. Kładę się spać, bo lubię tak: na parę minut, wieczorem. Lecz nagle słyszę szmer, który przybiera na sile. Szmer i donośny śpiew: „Przyjdź mój Jezu, pociesz mnie, bo cię kocham serdecznie”. Co jest?!

Wstaję. Podchodzę do okna. Patrzę w dół. A tam pochód. Idą ludzie, trzymają w dłoniach lampiony. Procesja? Sprawdzam: środa, godzina dwudziesta. Dziwna jak na procesję pora. Stało się coś? Obudzony, biorę do ręki aparat i kładę na parapecie dyktafon (prezent urodzinowy). Ludzie przystają. Ksiądz przez megafon: „Stacja dziewiąta”. Ach, więc to droga krzyżowa! Myślałem, że odbywają się w poście, nie w adwencie.

Stacja dziewiąta. Tu, pod moim blokiem, Jezus upadł wczoraj po raz trzeci.

stacjadziewiata.jpg

No future

38 komentarzy

Tak, znowu mam fryzurę, która wygląda jakby mnie ktoś bardzo skrzywdził, jakby mi ją wyrządził naćpany fryzjer jeżdżący na rowerze po lesie. (Bardzo w stylu roku 2005). Jednak w odróżnieniu od poprzednich edycji tego modelu, została ona wykonana własnoręcznie, czyli przeze mnie, maszynką zakupioną w sklepie EURO [pauza] RTV [pauza] AGD. Jeśli nie widać różnicy, to po co przepłacać? Jest zdecydowanie mniej pedalsko (to mi zresztą wcale nie przeszkadza), a bardziej pankowo. Nie kucyki, nie warkocze, chociaż może są urocze. Jeszcze tylko glany, skóra i pobiegnę jarać skuna gdzieś na skłocie.

Już dawno, dawno temu powinna się tutaj pojawić opowieść o kalmarach, która zaczyna się od tego, że poszedłem do najbardziej kultowego miejsca w mieście – wietnamskiego baru Que Huong – na obiadokolację. Dalej trochę nie pamiętam, ale chyba zamówiłem łososia, a dostałem kalmary. Czary? Nie do wiary! I nie byłoby nic złego, zjadłbym je bez awantury, gdyby nie element obsługi, który usiłował mi wmówić, że zamówiłem to, co mi podał. Więc ja mu coś o konieczności znajomości języka, kiedy się obsługuje klienta. Więc on mi kasę oddał. I nara. Zostałem bez obiadu, bez łososia, bez kalmara.

Godzinę potem w Między (to był ten sam dzień, kiedy przyleciała Oska), wpadamy na pomysł bloga: czarno-białe (bo tak) zdjęcia kalmarów mówiących (w dymkach) „Cześć, Przemek!”. (Inspirowane czescjackiem oczywiście.)

Stoję przed kioskiem „Papierosy i inne”. Obok bar mleczny „Wejdź, zjedz”. Nie mogę jednak nigdzie wejść, choć tutaj zimno. Muszę stać. Nie mogę nigdzie pójść, bo muszę czekać. Więc marznę w małej kolejce: przede mną tylko jedna pani. Nie wie, czy wziąć skarpety z abeesem za dwanaście. („Takie bym chciała, co się nie ślizgają. Nie mogę chodzić w laczkach”). Biedaczka. Ona nie wie, ja marznę. Ściskam w dłoni monety. Wyszedłem z zakładu pracy po baterie do myszki.

Lecz nie narzekam. Jest pięknie! W sobotę były urodziny, a na nich goście, zabawa. Goście przynoszą prezenty. Jest to wiadoma sprawa. Prezentów moc. Już cieszą wzrok w moim niewielkim pokoju.

Dzieny. Dawno, dawno nie miałem takiego dobrego nastroju.


  • RSS