peep blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

 

W Tok FM audycja o pierwszym coming oucie w polskim kościele
katolickim, a ja rozmawiam z Michałem o pieśniach kościelnych.

Michał wspomina rekolekcje, na które uczęszczał w gimnazjum.
I śpiewa:

michal 21:19:07

idzie mój pan, -bis- on teraz biegnie by spotkać mnie

michal 21:19:37

mija góry łąki lasy by w komunii stał się cud

michal 21:19:43

on selerem nas nakarmi

michal 21:19:50

by nasycić czegośtam głód

 

michal 21:21:31

wiem że jest wtedy zimno na dworze

michal 21:21:48

siedzimy w kościele i śpiewamy o selerach

michal 21:21:55

albo piosenki z pokazywaniem

- Popatrz, jaki koszmarny trans.

- Wygląda jak Bożena Dykiel, która stara się robić głupie
miny.

- Mi przypomina młodą Ewę Ziętek.

Po jakimś czasie:

- Wiem, kogo on mi przypomina! Jankę! Z tego serialu.

- Powiem ci tak: trochę Janka, trochę chochoł.

I tak ciągle.

PS: A ten koleś wygląda jak pani Ewa. Pani Ewa jak skur-wy-syn!

Gimnastyka aerobik

6 komentarzy

Wsiadam do windy, zjeżdżam na dół, piętro niżej winda staje, wsiada pani.

- Pan to chyba jest moim sąsiadem z góry – mówi.
- Zgadza się – odpowiadam, bo wiem. – Mam nadzieję, że za bardzo pani nie hałasuję? – pytam, żeby coś powiedzieć.
- Wie pan – mówi pani – czasem coś u pana tak… stuka. Pan ćwiczy?

Śnieg spadnie

6 komentarzy

Umawiam się z Ebo na obiadokolację. „Na Wilczej jest taka włoska knajpka, koło Kruczej, znajdziesz”. Znajdziesz, znajdziesz. Mi to mówi. No ale znajduję coś, co się wprawdzie nie nazywa po włosku, bo się nazywa Orange, ale ma nad drzwiami napis Pasta bolognese (albo inny w tym stylu). Więc wchodzę. Na górę. I piszę ładnie smsa, że już jestem na górze. „Na jakiej górze?!”. Na srakiej! Trzeba było dokładniej powiedzieć, co, gdzie, jak! Więc wychodzę. I szukam. I jest. Na samej Wilczej. (Orange jest w sumie na Kruczej.) W środku duszno. Tak, to na pewno włoska knajpa. Przychodzi Ebo. Jemy. Obserwujemy parę stolik obok: czy to ojciec z córką? Pan z kochanką? (W sumie, nie wiadomo, co gorsze.) Wyglądamy przez okno: „Popatrz, jak te dziewuchy samopas łażą”. Ciepły październikowy wieczór. Następnego dnia rano jest ciepły październikowy poranek. Wsiadam na rower i tym rowerem jadę na spotkanie w pracy. Złoty Wilanów. Ale o tej porze roku nawet przy KDT musi być pięknie.

Szkoda byłoby to popsuć.

O swoim zmartwychwstaniu miałem zamiar napisać w kontekście zmartwychwstania Super Girl and Romantic Boys, ale z wejściem na wiekopomny koncert dałem sobie spokój (SPOKÓJ!) w momencie, kiedy burak z CDQ tłumaczył uczepionemu bramy Kostkowi, że już jest komplet w środku i że nikt nie wejdzie, nawet Kostek, bo w końcu zespół może zagrać bez niego. Nie dla mnie takie figle! Poszliśmy z Agatą i Rafałem na Chłodną, gdzie razem z Mateuszem ułożyliśmy Piosenkę o Potrzebie Prywatności. W pamięci mam dawne koncerty SGRB. (Świętej pamięci Aurora.) Tyle mi wystarczy. GIF sprzed lat.

Coraz mniej musi mi ostatnio wystarczać. Mniej palców i mniej języka. Dzień po koncercie pani doktór ortodontka dołożyła mi do aparatu łuk biegnący po podniebieniu. Ten drut mnie orze jak może.

- To jak ty teraz lody będziesz robił?

- No właśnie nie…

- O kurwa, ja bym umarła.

Ja już to mam za sobą.

Świadectwo

16 komentarzy

Kroję kurczaka na obiad. Myślę o czymś intensywnie i nagle
uświadamiam sobie, że chyba kroję coś innego. Sprawdzam. Bingo. To palec.
Odkładam nóż. Biegnę do łazienki.

Wkładam palec pod wodę. Wszędzie zaczyna być dużo krwi. Dużo
krwi. (Trochę zmieszanej z wodą.) Ale jeszcze staram się nie panikować. Za
moment jednak uświadamiam sobie, że w takiej wodzie muszą być jakieś zarazki.
Dur brzuszny. Tyfus plamisty. Prątek Kocha. Zakręcam wodę z kranu, odkręcam
buteleczkę z wodą utlenioną. Polewam. Piecze. Kończę polewanie. Krew sika jak
cholera. Na pewno już pół wiadra wyleciało, na pewno cała umywalka. Łapię za
papier, ciągnę, ale nie mogę oderwać. (Mimo perforacji). W końcu się udaje.
Tamuję palec papierem. Przesuwam się do pokoju.

Umieram. Robi mi się ciemno przed oczami, pocę się, na
dodatek czuję smak krwi w ustach (na początku odruchowo wziąłem palec do buzi).
Jest niedobrze. I nie wiem, czy mam się kłaść na wznak, czy mam iść rzygać.
Otwieram balkon, żeby wpadło zimne powietrze. Ledwo stoję na nogach. Mroczki.
Wszędzie te mroczki. Lecieć na pogotowie? Nie dojdę.

W końcu, resztką sił, przynoszę miskę z łazienki. I kładę
się na wznak z miską.

 

Radiowe felietony Agaty Passent znoszę tak jak marznięcie na
przystanku, zło konieczne. Ale dzisiaj jestem wyjątkowo rozdrażniony, nie
wytrzymuję i rzucam w nią pilotem już po paru zdaniach. Trafiam. Nie przynosi
to oczywiście skutku. Więc muszę wstać, poszukać pilota, podnieść go i dopiero
wtedy przełączyć stację. To zajmuje kolejnych kilkanaście zdań.

Nadszedł jeden z tych dni. Znowu mi czegoś brakuje.

M: Wyjdźmy gdzieś.

Pip: Najebmy się w domu.

M: Nie, bo jak zostaniemy w domu, zaraz zaśniesz.

Warszawa nieznana

6 komentarzy

Darkroom w Lodi dodi
Na ekranie film: chłopcy przychodzą do siebie, witają się, siadają, rozmawiają.
- Nie lubię takich fabuł.

Darkroom w Lodi dodi 2
Wchodzi cień chłopca.
- Dobry wieczór – mówię do cienia. Z grzeczności.
- Oj, wcale nie taki dobry ten dzień… – zaczyna.
- Ale ja powiedziałem „dobry wieczór”.
Cień znika.

Darkroom w Toro
- Cożeś, kurwa, opowiadał, spytaj się Ewy, spytaj się Misi, cożeś ty kurwa robił. Tyżeś beształ nasz związek!

Donoszę sobie kolejne piwa, snuję się, podsłuchuję. Nikt nie widzi.

Zaraz wysiadam

6 komentarzy

Autobusem jedzie wariat i mówi do szyby: To tylko film jest, na ekranie kin. Kocham cię.


  • RSS